MGradowski Trip #36 Usunąłem Facebooka

Po pierwsze szybko sprostuję – nadal mam dostęp do messengera. Usunąłem tylko aplikację Facebooka z telefonu.

Dlaczego?

Odpowiedzi na to pytanie udzielam w wideo, link do którego wklejam niżej, ale jak zwykle na blogu najpierw wprowadzam w temat, a potem zachęcam do oglądania filmu, więc zaczniemy już tutaj : )

Nikogo nie dziwi już fakt, że spotykając się ze znajomymi, idąc do kina, restauracji, czy na różnego rodzaju przyjęcia, telefon zawsze nam towarzyszy, a my bezczelnie potrafimy wyciągać go przy każdej możliwej okazji.

Smutne to.

Sam oczywiście nie stanowię tutaj wyjątku.

Mówi się „bez telefonu, jak bez ręki”.

No cóż, coś w tym jest.

I byłbym hipokrytą, gdybym napisał, że jestem jedynym sprawiedliwym, który walczy z tym nałogiem.

Siedzę z kumplami przy piwku i BUM – telefon.

Jem coś w restauracji/barze i BUM – telefon.

Robię to.

Najciekawsze jest to, że każdy wie, że coś jest nie tak, ale nikt nie podejmuje próby, aby to odratować.

Hmm, sam jej nie podejmowałem.

Bo po co?

Co innego mógłbym robić w czasie, w którym niekontrolowanie zaglądam do telefonu, aby po raz piętnasty w ciągu ostatnich 5 minut sprawdzić, która godzina?

I w tym właśnie sęk.

Jesteśmy zaślepieni przez ten mały ekran już do tego stopnia, że nie widzimy potrzeby zmiany, bo nie widzimy żadnej sensownej alternatywy.

Ale okej, to każdy wie. Mogę sobie tutaj pisać elaboraty na ten temat.

Opowiem ci tutaj po krótce o tym, co przydarzyło mi się kilka tygodni temu, dokładnie wtedy, kiedy dotarłem na wyspę Koh Rong w Kambodży.

Ciekawa sprawa, ciekawy przypadek.

Albo i nie?

Ehh, w ostatnim wpisie pisałem:

„Nic nie dzieje się bez przyczyny”.

Tak więc dojść do tego musiało.

Otóż tego samego dnia, w którym dotarłem na tę rajsą wyspę, mój telefon nagle się wyłączył i… I już nie włączył.

Jakby tego było mało, mój laptop, który kupiłem w Wietnamie z drugiej ręki jakieś 2 miesiące temu, również w tym samym momencie przestał działać!

PARANOJA!

Nie wiedziałem, czy to już czas, aby płakać, czy poczekać, aż opuszczę wyspę i zgubię się podczas łapania autostopu w kierunku stolicy Tajlandii – Bangkoku.

No ale stała się rzecz, o której nawet bałem się pomyśleć – byłem odcięty od świata na niecałe 3 tygodnie, ŁAŁ!

Co kilka dni prosiłem ziomeczka, aby dał mi na chwilę swój telefon, abym mógł napisać mamie, że żyję i wszystko gra.

I wiesz co? Ostatecznie mega, mega wiele dobrego się stało podczas tych dwóch tygodni.

„Jakieś magiczne rzeczy?!”

Nie.

Po prostu byłem obecny w chwili.

Byłem jej częścią i nie omijała mnie ani sekunda mojego życia.

Niesamowite doświadczenie.

Myślę, że z czystym sumieniem mogę teraz powiedzieć, że te właśnie dwa tygodnie były jednym z lepszych okresów podczas mojej 10-miesięcznej wędrówki.

Bo byłem.

A wszystkie bodźce docierały do mnie jeszcze bardziej głęboko.

Były bardziej prawdziwe i bardziej szczere.

Bo byłem.

I wiesz… Teraz telefon już mi działa. Po prawie 3 tygodniach naprawiłem go i naprawiłem też laptop (który już zresztą sprzedałem).

Ale nie mogłem oprzeć się chęci usunięcia konta na Facebooku.

Gdyby nie fakt, że listy znajomych nie da się importować, to tak pewnie bym zrobił. Ale na swojej drodze spotkałem zbyt wielu dobrych ludzi, z którymi kontakt chciałbym nadal utrzymywać.

Dlatego też usunąłem Facebooka, a zostawiłem Messengera – aby nadal trwać w chwili, nie zaprzątać sobie głowy śmiesznymi kotami, czy zdjęciami jedzenia moich znajomych.

Aby być.

Niesamowite, jak nasza kreatywność potrafi wzrosnąć, kiedy nagle okazuje się, że nie możemy zapytać Internetu:

„jak zagadać do samotnej dziewczyny?”

„w co grać ze znajomymi na plaży?”

„czy wystawianie mokrych włosów na wiatr jest szkodliwe?”

„czy jadąc na wyspę muszę zabrać klapki?”

I wiesz co?

Instagram na pewno jeszcze zostawię. Przez mój aparat przetacza się zbyt dużo pięknych zdjęć, aby po prostu chować je gdzieś na dysku.

Bloga zapewne też będę jeszcze prowadził, ale już raczej tylko w formie pisemnej. Nazwijmy to w formie „pamiętnika z podróży”. Choć może i te 10-minutowe rozkminy też zostawię. Potrenuję „wystąpienia publiczne”, bo póki co nadal lepiej idzie mi pisanie, niż mówienie..

Z żalem jednak stwierdzam, że wideorelacji nie będę już nagrywał.

Wiem, nagrałem tylko dwie, a już przestaję.

Ale zdałem sobie sprawę, co w życiu jest ważne.

 

 

Na początku mojej podróży skupiałem się na tym, aby pokazać co robię i gdzie jestem.

Kierowała mną chęć pokazania się/czegoś/komuś.

Podróżowałem nie dla siebie, lecz dla kogoś.

Zabijało to we mnie dziecko, którym chciałem się stać.

Zabijało to we mnie szczerość.

 

 

Podczas pobytu na wyspie często jeszcze łapała mnie chęć, aby wyjąć kamerę i pokazać całemu światu co robię i gdzie jestem.

Ale wtedy dotarło do mnie, że na swoje własne życzenie rezygnuję z własnej prywatności.

Wchodzę z kamerą wszędzie tam, gdzie wybieram się osobiście.

Brakowało tylko ujęć z łazienki:

„Siemanko! Właśnie biorę prysznic! Woda jest zimna, jak wszędzie w Azji, ale co to za problem?! HE HE HE!”

STOP.

Długo do mnie to szło, ale ostatecznie dotarło.

Zaczynam kolejny etap swojej podróży, w którym doświadczenie jest na pierwszym miejscu.

I nadal nie wiem, kiedy wrócę, ale póki nadal jestem na trasie, to życzę sobie wyciągnąć z niej jak najwięcej.

 

Wiesz, to miłe, kiedy obcy ludzie piszą do mnie wiadomości prywatne na fejsie, że są mega zainspirowani moją historią i tym, co robię. To miłe widzieć odzew tak pozytywny, że słońce nabiera złotej barwy, a woda lazurowej. To miłe mieć świadomość, że to, co robię ma sens. To miłe czytać posty ludzi, którzy choć nigdy mnie nie spotkali, życzą mi szczęścia i sukcesów. I to cholernie miłe wiedzieć, że twoje działania inspirują, motywują i popychają ludzi do działania.

Szczerze mówiąc po cichu o tym marzyłem, ale nie sądziłem, że do tego dojdzie.

To niesamowite móc czytać te wiadomości od obcych mi ludzi i czuć, że dokonujesz zmian w ich postrzeganiu otoczenia, świata.

To ogromny, mój prywatny sukces, który popycha do przodu mnie samego.

I zdaję sobie sprawę, że moje poczynania docierają do tych ludzi poprzez wideo, które wrzucałem na YouTube. To piękne i  część mnie chce kontynuować tę passę. Ale będąc w podróży dookoła świata i wyciągając kamerę co chwila, aby „widzowie” byli na bieżąco, jest mocno męczące, czasochłonne i niestety, ale potrafi przyćmić szczerą przyjemność, którą z założenia miałem czerpać z podróży.

I wiesz, głęboko odczuwałem ją właśnie wtedy, kiedy telefon mi nie działał, a ja postanowiłem w tym samym momencie i moje obie kamery zostawić w plecaku i po prostu ich nie wyciągać na rzecz tego, co działo się dookoła.

Nadal nie mogę się nadziwić jak prosty jest powrót do prawdziwego życia, w którym nie ma komentarzy, polubień, ilości znajomych, subskrybentów i followersów.

Niemniej jednak, z racji takiej, że nie chciałbym, aby moja podróż została całkowicie zapomniana, jak już wspomniałem – konto na Instagramie zostawiam, bo miejsca, które widuję, są zbyt piękne, aby nie zostały uwiecznione.

Bloga prowadził również będę nadal. Prowadziłem go już zanim wyruszyłem w podróż.

To świetna forma terapii zachowawczej, mającej na celu utrzymanie samoświadomości.

No i fajna forma pamiętnika.

Także pomimo wszystkich plusów, które niosły za sobą filmy, które nagrywałem uważam, że w imię mojej podróży, w której chcę trwać, a przede wszystkim być, powoli odcinam się od łatek, szufladkowania, wnikania, oceniania i innego nazywania rzeczy po imieniu, które czasami lepiej, aby pozostały bezimienne.

 

PS. W nawiasie wspomnę tylko, że czasaaaaami odpalę fejsa w przeglądarce. Tak wiesz… Zachowawczo… 🙂 Chociażby, żeby podzielić się tym wpisem 🙂

 

 

Szczere podziękowania natomiast dla ludzi, którzy dzięki portalowi www.Patronite.pl postanowili zrezygnować z części swojego własnego, prywatnego budżetu, aby wesprzeć mnie comiesięczną kwotą.

Brak mi słów, serio.

Klaudia Kowalska,

Radosław Pawłowski,

Agnieszka Skowrońska,

Sonia Goławska.

Ludzie, jaram się strasznie waszymi serduchami!

Wiem, że w zamian za waszą subskrypcję zobowiązałem się dawać wam coś w zamian, dlatego jeśli postanowicie zrezygnować z niej już teraz, to nic się oczywiście nie stanie : )

Myślałem, że kręcenie tych wideorelacji będzie fajną odpowiedzią na wasze wsparcie, bo widzielibyście, że pieniądze, które mi przesyłacie, nie idą na marne i faktycznie korzystam z nich mając intencje takie, o jakich mówiłem.

Przez jakiś czas byliście fundamentem mojej podróży, a nawet i motorem.

To wiele dla mnie znaczy <3

 

 

Okej, troszeczkę się rozpisałem, a jeszcze wideo przed wami, które raczej będzie ostatnim z tego cyklu.

Może będą wpadać jeszcze jakieś krótkie ujęcia z tripów, ale nie sądzę.

Wrzucę to, co dograłem do tej pory i przewracam kolejną kartkę „książki”, którą napisałem w 2016 roku, zanim poważny plan o wyruszeniu w podroż dookoła świata w ogóle się zrodził w mojej głowie:

„Pierwszy dzień reszty twojego życia”.

Przeczytałeś już?

Nie?

Link poniżej:

Pierwszy dzień reszty twojego życia

 

To by było tyle na dzisiaj.

Zapraszam gorąco do obejrzenia odcinka, który jest chyba najbardziej szczerym odcinkiem, jaki do tej pory nagrałem.

I aż często nie mogę się nadziwić, że ta mądrość do mnie dotarła.

A taka długa droga jeszcze przede mną…

► LINK DO WIDEOBLOGA

 

_________________________

Jak zwykle możesz wesprzeć mojego tripa poprzez kliknięcie w link poniżej:

WESPRZYJ

PS. Każdy, kto klika WESPRZYJ i wspiera, dostaję z automatu pocztówkę z kraju, w którym aktualnie będę się znajdował : )

A jeśli masz ochotę, wejdź na mój profil Instagram, Facebook lub kanał YouTube.

PS2. Na YouTube warto wchodzić, gdyż wrzucam tam surowe materiały GoPro.

A jeśli uważasz, że to, co tobię ma głębszy sens, ZOSTAŃ MOIM PATRONEM!

Dodaj komentarz