MGradowski Trip #38 Rok w podróży + KONKURS

ROK W PODRÓŻY!

 

Zanim zaczniemy imprezę uprzedzam, że wpis nieco długi, więc szybciutko herbatka albo piwko i jedziemy.

Poczekam.

Nadal czekam.

Już? Otwarte?

Pssst!

No to jedziemy!

 

Start podróży: 13.11.2017

Data dzisiejsza: 13.11.2018

COOOO?!?!

 

I tu znowu, zanim zacznę swój pamiętnik, zapraszam do przeczytania 50-stronicowej książki Pierwszy dzień reszty twojego życia.

To w zasadzie nie książka, ale coś, co ja sam zacząłem pisać w 2015 roku dla samego siebie, a co zostało ukończone w 2016 roku z ambicją, aby dotarło do szerszego grona odbiorców, ponieważ w prosty i przejrzysty sposób obrazuje to, dlaczego najbogatsi ludzie świata są najbogatsi.

Zawiera ona zestawienie pewnych cech, maksym oraz haseł, które pozwolą ci zajrzeć w umysły najbogatszych, a zarazem najbardziej sukcesywnych ludzi na świecie, takich jak:

Bill Gates

Carlos Slim Helu

Warren Buffet

(Według magazynu Forbes z 2015 roku)

 

Pozwoli ci rozszyfrować klucz, który prowadzi do sukcesu.

Innymi słowy – poznasz sekret, który doprowadzi cię do osiągnięcia twoich celów poprzez wprowadzenie do twojego systemu (umysłu) pewnych zmian myślowych, dzięki którym będziesz w stanie osiągać lepsze wyniki w działaniu oraz osiąganiu własnych celów.

Sam pisząc tę książkę wiele się nauczyłem i do dzisiaj stosuję się do prawd w niej zawartych.

Sam widzisz, gdzie mnie doprowadziła : )

 

Chciałbym powiedzieć, że jest to książka zmieniająca życie, a raczej nastawienie do niego. Bo mówi w zasadzie też o tym, jak to zaczęło się ze mną. Jak moja świadomość została zbudowana (a raczej dzięki czemu), jakie fundamenty postanowiłem zawrzeć w zaprawie swojego charakteru, a ostatecznie, co widać, dzięki czemu potrafiłem wykrzesać w sobie energię, aby być w stanie rzucić korpo i wyruszyć w podróż dookoła świata (#jakrzucilemkorpo na Instagramie).

Jeśli cię zaintersowałem, to wejdź więc  poniższy link, a ja udostępnię ci książkę prosto z mojego dysku:

Pierwszy dzień reszty twojego życia.

 

 

OK! Jedziemy!

Powoli, powoli. Po kolei. Spójrzmy wstecz i sprawdźmy co się do tej pory wydarzyło.

Po kolei.

 

1) 13.11.2017 – Izrael

Linki do bloga:

Jak rzucilem korpo i wyjechalem do Izraela #1 + BONUS

Jak rzucilem korpo i wyjechalem do Izraela #2

Jak rzucilem korpo i wyjechalem do Izraela #3 – Mitzpe Ramon

Lot z Gdańska do Tel Awiwu. Najpierw dwie noce u koleżanki (pozdrawiam gorąco Aniu : )). Potem trochę potripowałem, pospałem w namiocie w Jerozolimie, czy na pustyni nad Morzem Martwym, a ostatecznie skończyłem na wolontariacie w hostelu Silent Arrow na pustyni Negev w miejscowości Mitzpe Ramon. Piękna sprawa, a jeszcze piękniejsze wschody słońca, które wydobywało się z wnętrza krateru na wspomnianej pustyni. Niezapomniane. Tak piękne, że prawie się popłakałem, że nie było nikogo obok, komu mógłbym powiedzieć „spójrz, jakie to piękne”.

 

2) 9.12.2017 – Egipt

Linki do bloga:

Jak rzucilem korpo #4 – Egipt

Jak rzucilem korpo #5 – pozegnanie z Egiptem

Autostop z Izraela do Egiptu.

Taba – miasto graniczne.

Sharm El-Sheikh – miejscowość na południu półwyspu Synaj położona nad Morzem Czerwonym. Woda krystalicznie czysta, ryby pływające wokół ciebie w kolorach tęczy i ziomek, który zaoferował mi pracę na plaży w szisza-barze za 50 EGP (funtów egipskich) za dzień pracy, co daje jakieś 10zł.

Kair – Giza – piramidy, ŁOOO! Magia miejsca daje o sobie znać w momencie, kiedy zbliżasz się do „sterty kamieni” z kilkutysięczną tradycją i historią.

Aleksandria – miejscowość na północy kraju położona nad Morzem Śródziemnym.

Abu Qir – nieopodal Aleksandrii. Ziomek (młody student), który dał mi siano, jedzenie i pokój w mieszkaniu po tym, jak bankomat wciągnął moją kartę zostawiając mnie bez pieniędzy, żadnych. Tydzień na utrzymaniu nieznajomego Egipcjanina, sztos.

Fart? Poznałem go w busie, bo jako jedyny mówił po angielsku. Szok.

PS. Półwysep Synaj, północna jego część, uchodzi za najbardziej niebezpieczną część Egiptu. Na południu nie działo się nic strasznego, a jednak ludzi z bronią widziałem sporo, a podczas nocnego kursu busem (nie chciałem cisnąć autostopem w tej części kraju…), chyba dwa razy byliśmy zatrzymani przez… Wojskowych? Kazali wszystkim pokazywać paszporty, wysiadać z autobusu z całym bagażem, a następnie pokazać całą zawartość. Wyobraź sobie Egipt owiany tajemnicą i tymi wszystkimi pogłoskami, które o nim się słyszy w kwestii politycznej, a następnie godzinę 3:00 rano i gości z karabinami budzącymi cię i każącymi ci po arabsku wysiadać. Może napędzić gęsiej skórki.

 

3a) 29.12.2017 – Malezja

Linki do bloga:

Jak rzuciłem korpo #6 – Sylwester w Malezji

Jak rzuciłem korpo #7 – Malezja, Monkey Beach

MGradowski Trip #8 Cameron Highlands

MGradowski Trip #9 iO Hotel review, Kuala Lumpur

MGradowski Trip #10 Goodbye Malaysia

Lot z Kairu do Kuala Lumpur, stolicy Malezji, z 9-godzinną przesiadką w (11?) Arabii Saudyjskiej. Autostop na wyspę Penang, gdzie cały styczeń spędziłem na wolontariacie w restauracji. To był mój pierwszy kraj azjatycki, więc byłem totalnie zajarany, ale serio, teraz, po innych krajach tutaj stwierdzam, że w Malezji nie da się odczuć SMAKU i ENERGII Azji.

A gdzie można? Czytaj dalej.

 

4) 2.02.2018 – Singapur

Linki do bloga:

MGradowski Trip #11 Singapore chase

MGradowski Trip #12 Singapore experience

Autostop z wyspy Penang (posiada most) do samego miasta-państwa – Singapuru. 11 dni spędziłem na wolontariacie w prywatnym mieszkaniu na 28 piętrze u szkockiej rodziny na wschodnim wybrzeżu (West Coast! West Coast!). Co robiłem? Wyprowadzałem dwa duże psiaki na spacer o wschodzie słońca, piekłem chleb każdego dnia, uczyłem 12-latka geografii i historii Polski oraz pluskałem się w basenie na zewnątrz. Normalka.

Generalnie Singapur mi się nie podobał. Nie tyle, ile samo miasto-państwo, bo jest piękne i czyste, ale jak ma być brudne, skoro za śmiecenie jest kara 5,000 SGD (dolarów singapurskich), co w przeliczeniu na złotówki daje jakoś ponad 13,500 PLN…

Tak więc umówmy się – jest czysty. Ale oprócz wysokich kar za to i inne rzeczy, mają sporó praw, regulacji i zasad, których nieprzestrzeganie również grozi karą grzywny. Nie ujmując nikomu, społeczeństwo wydaje się być ogłupiane powyższymi zasadami, którym ostatecznie brak inicjatywy w działaniu samodzielnym.

I nie, nie jest to tylko moja opinia, ale praktycznie każdego, kto przyjechał do Singaporu z zewnątrz i trochę tam posiedział.

Tak więc… Ani to interesujące, ani urokliwe… Po prostu czyste, ale jednocześnie hamujące rozwój intelektualny jednostki. To już jest moja opinia.

Nigdy więcej zapewne w Singapurze moja stopa nie stanie, ale cieszę się, że byłem, widziałem, wiem.

 

5a) 14.02.2018 (Walentynki!) – Tajlandia

Linki do bloga:

MGradowski Trip #13 Thailand chase

MGradowski Trip #14 Koh Tao experience

MGradowski Trip #15 Volunteering in Thailand

MGradowski Trip #16 Raj w Tajlandii

Autostop z Singapuru przez całą Malezję, aż do Tajlandii na wyspę Koh Tao. Pokonanie odcinka 1200km zajęło mi 2 dni! Ale nie całość autostopem. Najpierw z Kuala Lumpur jakiś Chińczyk kupił mi bilet autobusowy na odcinek 700km! Po tym kursie byłem już w Tajlandii. Potem kolejny Chińczyk kupił mi kolejny bilet autobusowy na odcinek 400km! Szok i niedowierzanie.

Po 3 nocach na tej rajskiej i magicznej wyspie wróciłem na ląd, gdzie przez ok. 3 tygodnie uczyłem angielskiego w szkole (w ramach wolontariatu, więc za darmo) w miejscowości Phipun.

 

3b) 10.03.2018 – Malezja po raz drugi

Autostop z powrotem na wyspę Penang, gdzie wróciłem w to samo miejsce wolontariatu w restauracji, ale tym razem już za drobne kieszonkowe, bo bieda zaczęła piszczeć : ).

 

6) 11.04.2018 – Indonezja

Linki do bloga:

MGradowski Trip #20 Jak zostałem milionerem na Bali

MGradowski Trip #21 Bali Experience

MGradowski Trip #22 Volcano trekking

MGradowski Trip #23 Inside of the active volcano + video

MGradowski Trip #24 6 months on the road

Lot z Kuala Lumpur do Indonezji, na wyspę Bali. Rzeeeeźnia! Zielono mi było od samego patrzenia. Jak wejdziesz na mój profil Instagram i obczaisz foty z Bali, to wszędzie soczysta zieleń, o-oł!

2 razy w ciągu tygodnia wszedłem na aktywny wulkan – Agung, 3-tysięcznik, za każdym razem rozpoczynając o 2:00 w nocy, aby na szczyt dotrzeć o wschodzie słońca. Widziałem wydobywający się z wnętrza krateru dym sygnalizujący złowrogie zamiary. Przed drugą próbą ostrzegano mnie, że istnieje ryzyko wybuchu, bo na 3 godziny przed moją wspinaczką wulkan wypluł niewielkie strugi magmy oraz ciągle dymił. Wystraszyłem się konkretnie, nie wiedziałem co robić, ale jechałem skuterem 50km, dotarłem do podnóża góry o 2:00 w nocy… Nie odpuściłem, choć mega się bałem. Ostatecznie wulkan wybuchł, ale dopiero 12 czerwca.

Los mi sprzyja. Jedziemy dalej.

 

3c) 3.05.2018 – Malezja, po raz trzeci

Do Malezji nie potrzebujemy wizy na pobyt aż 3-miesięczny, stąd też wciąż wracałem, aby podreperować budżet i cisnąć w nowe miejsce.

Tym razem znowu dotarłem na wyspę Penang, ale już w inne miejsce. W typowo turustycznym mieście George Town złapałem fuszkę w fajnej knajpce. Tym razem tylko skupienie na kasie, bo Bali mnie spłukało.

NIE ŻAŁUJĘ!

 

7a) 18.05.2018 – Wietnam

Linki do bloga:

MGradowski Trip #25 Hello Vietnam

MGradowski Trip #27 Praca w Wietnamie

MGradowski Trip #28 7 miesięcy w podróży

MGradowski Trip #31 Wietnamskie realia pracy

MGradowski Trip #33 Sapa, Wietnam

2 tygodnie pracy w knajpce wystarczyły, aby wykupić lot z Kuala Lumpur do miasta Ho Chi Minh w Wietnamie. Niestety kosztował mnie on prawie wszystkie pieniądze, jakie miałem. Kiedy więc wylądowałem, miałem jakieś 20, czy 30 euro całego budżetu. Serio. Szybko udało mi się ogarnąć pracę nauczyciela angielskiego w szkole, z którą podpisałem 3-miesięczny kontrakt.

 

8) 2.08.2018 – Laos

Szybki trip, aby wydłużyć wizę do Wietnamu o kolejny miesiąc, tj. wyjazd do innego kraju, w moim przypadku do Laosu, a następnie powrót do Wietnamu z nowo wbitą pieczątką. Można? Można.

 

7b) 2.08.2018 – Wietnam po raz drugi

Tego samego dnia wróciłem do Wietnamu haha Szkoła nie chciała mi dać więcej dni wolnego, abym posmakował Laosu… : (

O tym okresie nie będę opowiadał, bo już pisałem na blogu kilka razy. Dokończyłem kontrakt, szkoła mnie troszeczkę oszukała, postraszyłem policją, rozstaliśmy się z kamiennymi twarzami.

 

9) 1.09.2018 – Kambodża

Linki do bloga:

MGradowski Trip #34 Wietnam -> Kambodża WIDEORELACJA

MGradowski Trip #35 Autostopem na wyspę Koh Rong WIDEORELACJA

Całą trasę z północy na południe kraju, aż na wyspę Koh Rong, dotarłem autostopem, łooo!

Wyspa magiczna, miałem spędzić na niej 2-3 dni, a zostałem prawie 2 tygodnie i był to jeden z lepszych okresów całej mojej podróży, bo telefon przestał mi działać. Byłem odcięty od świata, dzięki czemu mogłem być na bieżąco częścią chwili. Polecam.

Na miejscu poznałem ziomka z Gdańska, z którym pocisnęliśmy razem autostopem do Bangkoku, stolicy Tajlandii.

 

5b) 14.09.2018 – Tajlandia po raz drugi

Bangkok to rzeźnia. Dużo się dzieje, dużo koloru i hałasu. Dla typowego turysty z kasą w kieszeni fajnie. Dla mnie – średniawka. Warto podbić na 2-3 dni. Potem już tylko dudni w uszach i nozdrzach.

 

Wracając do pytania: gdzie czuć prawdziwy smak Azji? Zdecydowanie w Tajlandii, Wietnamie i Kambodży. W Laosie zapewne też. Wiedziałbym, gdybym został tam dłużej : )

 

3d) 18.09.2018 – Malezja po raz czwarty w tym roku, o-oł!

Link do bloga:

MGradowski Trip #36 Usunąłem Facebooka

Stąd znalazłem tani lot do następnego kraju, dlatego cisnąłem z Wietnamu całą trasę autostopem, aż tutaj (jakoś ok. 4000km).

Tydzień spędziłem w stolicy, spotkałem kilku znajomych – tych z Polski, jak i tych poznanych wcześniej na trasie. Fajny czas.

 

10) 25.09.2018 – Korea Południowa

Link do bloga:

MGradowski Trip #37 Korea Południowa i Koreańskie wesele

BANG! Mój serdeczny ziomek, Paweł Jaskulski, którego pozdrawiam serdecznie, bierze ślub z Koreanką.

PROSTE, że wbijam!

Pomiędzy tradycyjnym, koreańskim weselem, miałem okazję spotkać kilka osób z mojego miasta rodzinnego, którzy przybyli na ceremonię, więc serducho się radowało. Mega fajna impreza, podczas której dałem skromny pokaz breakdance z ziomkami poznanymi na miejscu.

Pokaz breakdance podczas koreańskiego wesela

Korea to sieka. Zaraz po Egipcie jest kolejnym krajem, który jest mega interesujący. Ta kultura, język, rzeczy, które znamy z filmów, i które myślimy, że znamy… I tak – wydają się wstydliwi. Zwłaszcza dziewczyny. Beka czasami. Nawet odnoszę wrażenie, że niekiedy wstydzą się śmiać haha Jak już to robią, to często zakrywają usta, jakby dopiero co wypadła im resztka mielonego z obiadu, a one się zawstydziły haha

Z drugiej jednak strony, koreański, jako język, jest donośny. Na tyle, że często mam wrażenie, że ludzie kłócą się ze sobą. Często konwersacja kończy się śmiechem, co rozwiewa moje wątpliwości, ale nie zmienia to faktu, że Koreańczycy są raczej stanowczym narodem. Donośny wydźwięk wymowy nadaje temu charakter. Ciekawe doświadczenie.

No ale co ja tu teraz robię? Widzisz, tak wyszło, że zaraz po weselu nie stać mnie było na kontynuowanie podróży gdziekolwiek. Utknąłem bez pieniędzy na wylot z kraju. O tyle dobrze, że Polacy mogą swobodnie wjechać do Korei Południowej bez wizy na 3 miesiące. Sporo czasu, aby coś wymyślić.

Co więc zrobiłem?

Na początku, od razu po weselu, oczywiście załapałem się na wolontariat w hostelu, gdzie codziennie pomagałem w sprzątaniu, w zamian za co miałem darmowe spanie i jakieś jedzenie. Ale szybciutko po tym udało mi się nawiązać kontakt z tutejszą agencją pracy, która zaczęła mnie praktycznie każdego dnia rzucać w inne miejsce. W sensie mam stałe miejsce do spania, ale czasami wstaję rano i nie wiem gdzie, ani co będę robił. Średniawka z jednej strony, ale z drugiej spoko, bo nie ma rutyny haha Każdy dzień zaczyna się pełnią ekscytacji, bo nie wiem co, gdzie, ani jak 🙂

Zdecydowaną większość czasu jednak pracuję na kutrach rybackich przy połowach małż, czy innych uchowców morskich i wodorostów, których używa się do robienia sushi.

Uchowiec morski:

Wodorosty…

…które potem są suszone, czy co tam i używane do sklejenia ryżu, czyli sushi 😀 Ale również pakowane w paczki i sprzedawane, jak wafelki, czy inne ciastka czekoladowe. To taka przekąska, ludzie się tym jarają:

 

 

ŁOOO! Mega ciekawe doświadczenie, serio. Ciężka, fizyczna praca, ale jaram się tym doświadczeniem. Każdego dnia budzik mam na 4:20-4:30 rano, a do domu wracam o 18:00, ale… Dobra kasa, jedzenie darmowe na pokładzie w ciągu dnia… Nic, tylko odkładać pieniądze. Zostaję na 2 miesiące. Wiza wygasa mi… 24. grudnia, w święta, ahhh! Do tego czasu będę musiał opuścić kraj i wybyć… Gdzieś : )

Gdzie?

Śledź bloga na bieżąco. Zapisz się do newslettera : )

_____

Aaaaale się rozpisał. Ale to dopiero początek. Czytaj dalej.

 

Wiesz, po weselu w Seulu znowu miałem  ciężki okres. Finansowy i mentalny. Nie miałem pieniędzy, nie mogłem znaleźć pracy, bo okazało się, że Korea jest bardzo restrykcyjna i nikt nie chce zatrudniać „na czarno”, a tym bardziej bez specjalnej wizy pozwalającej na pracę w tym kraju, której nie miałem (nie mam).

Już serio chciałem prosić rodzinę o pieniądze i może nawet wrócić do Polski… Ale wtedy pewnie znowu wyjechałbym do jakiejś Holandii na kolejne 2 miesiące, znowu zarobił, znowu odłożył i wrócił na trasę. Ale z drugiej strony te loty w obie strony… Mega drogie. Za dużo do stracenia. No i najważniejsze – za dużo już za mną.

PLAN był prosty: raz, a porządnie. Chciałem wybrać się w DUŻĄ podróż. Znaczącą. Zmieniającą życie. Budującą charakter. Poszerzającą horyzonty i perspektywy.

Kiedyś już sobie obiecałem nie prosić rodziny o pieniądze. Postanowiłem więc i tym razem coś wymyślić.

Tak się złożyło, że jeszcze zanim wyleciałem do Korei, mamuśka zaoferowała przelew pieniędzy w niedługim czasie. Żeby była jasność – nic nie wspominałem o mojej sytuacji finansowej. Po tym przelewie mogłem już wylecieć z kraju co prawda, ale tylko po to, aby znowu wylądować gdzieś bez pieniędzy na dalszy ciąg. Bez sensu więc…

Waluta w Korei wysoka, obiecałem sobie więc znaleźć pracę tutaj, aby móc kontynuować PLAN. Po kilku nieporozumieniach, nieudanych „kontraktach” i niedopowiedzeniach udało się.

Dlaczego? Bo mam farta?

Być może. Ale również dlatego, że przeprowadziłem jasną rozmowę sam ze sobą. Przeprowadziłem ją już dawno temu, ale wracam do niej, kiedy jestem w dołku, kiedy mam chwile zwątpienia lub kiedy mam ochotę się poddać.

Myślę, że każdy, niezależnie od tego, gdzie jest i co robi, powinien taką rozmowę ze sobą odbyć.

Jaki był jej temat?

Prosty: „JA”. „JA tutaj i teraz” oraz „JA jutro”.

Już chyba nikogo nie zdziwię pisząc, że nasze „jutro” zależy od naszego „dzisiaj”. Nic nowego. A jednak potrafimy się zgubić tak łatwo – bo to, bo tamto.

Co może być ważniejsze od naszej przyszłości? Kto ma o nią zadbać, jeśli nie my? I kiedy, jak nie teraz?

Często kiedy mówimy „przyszłość” mamy na myśli „za 5-10 lat”. Lubimy myśleć, że mamy czas i jakoś to będzie.

A co, jeśli powiem, że „przyszłość”, to już jutro, a nawet następna godzina, a to, jak będzie ona wyglądać, zależy od tego, jaką decyzję podejmiemy już teraz?

Tak więc w rozmowie z samym sobą postanowiłem kilka rzeczy i kilka z nich sobie obiecałem. A jeszcze inne przyszły z czasem, po drodze.

Przede wszystkim obiecałem sobie próbować. Łatwo poprosić o pomoc i ją dostać nie wkładając własnego wysiłku w to, co chcieliśmy osiągnąć.

Wracając do tego, co napisałem wyżej jednak – nie mówię, że proszenie rodziny o pomoc jest złe. W końcu to jest jedna z jej ról – wsparcie. Wstawianie się za nami oraz służenie ramieniem, żeby się wypłakać, chusteczką, żeby wytrzeć nosa, ciepłym posiłkiem, kiedy u nas zabraknie, dobrą radą, kiedy jej potrzebujemy, wskazówką, kiedy jesteśmy zgubieni, a nawet pieniądzem, kiedy jesteśmy w dołku.

Ale wiesz, co innego, kiedy seria niefortunnych zdarzeń doprowadza cię do bankructwa, a co innego, kiedy mówię nagle rodzinie:

„właśnie rzuciłem dobrą pracę, dzięki której nigdy nie musiałem prosić was o pieniądze, pakuję namiot i śpiwór i ruszam w podróż dookoła świata.”

Już teraz rozumiem, dlaczego mama nie rozmawiała ze mną przez 3 dni po tym, jak jej o tym powiedziałem.

Wiadomo, naturalnie martwiła się, jak to mama, ale pewnie też myślała, że to kolejna moja roztropna decyzja, i że co miesiąc będzie musiała wysyłać mi pieniądze, aby bananowe dziecko przyzwyczajone do luksusu mogło wylegiwać się na plaży gdzieś w Azji.

Otóż nie. Mija mi właśnie rok w podróży z plecakiem, podczas którego byłem już w 11 krajach (licząc przesiadkę w Arabii Saudyjskiej i kilka godzin w Laosie) i ani razu nie poprosiłem rodzinkę o pieniądze.

Akcja „wyślij sobie pocztówkę„, która trwa ciągle i nieprzerwanie, to co innego. Jeśli ktoś wyraża chęć, może (DOBROWOLNIE) wspomóc mnie dowolną kwotą, w zamian za co dostaje pocztówkę z kraju, w którym aktualnie się znajduję.

Dla zainteresowanych poniżej link, pod który można przesyłać dobrowolne kwoty:

Link PayPal

Jeśli nie masz konta PayPal, możesz wykonać tradycyjny przelew na moje polskie konto T-mobile:

95249010440000420094976258

PS. W kwietniu wysłałem sporo pocztówek z Indonezji, a część z nich doszła dopiero w październiku, więc proszę o spokój i cierpliwość 😀

 

Wracając do tematu.

Owszem, siostra i mama wysyłają mi czasem jakieś pieniądze, ale robią to z własnej woli, no i nie jest to aż tyle, abym mógł pozwolić sobie na niepracowanie po drodze. Pracuję. Dorabiać do podróży muszę, jeśli chcę ją kontynuować. Tak, jak teraz w Korei Południowej.

Więc nie – NIE PODRÓŻUJĘ ZA DARMO.

Czasami jest to ciężka praca, jak ta teraz właśnie, ale przynajmniej NIKT mi nie powie:

„O! Ten to ma dobrze! Mamusia w Niemczech pracuje, synkowi pieniądze wysyła, to synek sobie jeździ i zwiedza. Tak to każdy może.”

Wszystko, co teraz mam, kupiłem sam, osiągnąłem sam, przeżyłem sam i sam ze sobą idę w to dalej. Wszystko za swoje, zarobione pieniądze i dzięki swojej, zbudowanej determinacji.

Każdy zna to uczucie, które ogarnia nasze serce, kiedy robiąc coś, wkładamy w to dużo wysiłku, energii, czasu i poświęcenia, ale w końcu udaje nam się osiągnąć długo wyczekiwany rezultat.

Czasami możemy osiągać naprawdę wielkie rzeczy bez wysiłku, bo droga nie jest wyboista, a wręcz z górki, wszystko układa się po naszej myśli i nie wyskakują nam niekontrolowane problemy.

Ale czasami osiągamy małe sukcesy, jak chociażby zagranie kilku akordów na gitarze. Ale, żeby to osiągnąć, musieliśmy zrezygnować z imprezy, mieliśmy plastry na koniuszkach palców, bo metalowe struny na początku dawały się we znaki, całe wieczory siedzieliśmy w domu nie widując znajomych, może i często chcieliśmy połamać gitarę o ścianę, bo w internecie tak ładnie grali „Hallelujah”, a nam wychodzi zaledwie intro do „Nothing Else Matters”.

Kiedy natomiast po tych wszystkich wyrzeczeniach, porażkach i problemach osiągamy cel, euforia sięga zenitu, czas staje, a chwila trwa wieczność. Zrobiłeś to. Osiągnąłeś zamierzony cel. Sam. Zrobiłeś to.

A im więcej wysiłku włożonego w realizację, tym euforia większa.

I tak więc i ja jestem z siebie teraz dumny, że wybrałem się w taką podróż samemu i znajduję sposoby na jej kontynuację.

A uwierzcie mi, zdjęcia na Instagramie, moje wideoblogi i wpisy tutaj na blogu nie ukazują trudności, z jakimi nierzadko się borykam.

Powtarzam – nie jestem na wakacjach i nie mam zagwarantowanej sumy pieniędzy na swoje podróże. O to martwię się po drodze. Dodatkowo znajduję się w miejscach, gdzie nie znam ani nikogo, ani niczego, ani nawet języka, co często dokłada kłody pod nogi.

No, to tak dla ścisłości.

 

Wiesz, na początku tutaj w Korei agencja wysyłała mnie na pole ziemniaków, na wykopki. Nie kopałem ich co prawda, miałem poboczną fuchę, ale równie ciężką. Po kilku sezonach na truskawkach i różach w Holandii nie boję się już chyba żadnej pracy. Ale dążę do tego, że było naprawdę ciężko w palącym słońcu i pamiętam moment, w którym bez kitu chciałem rzucić to, wyjść z pola, usiąść, napić się wody, odpocząć i nie wracać z powrotem na pole. Może wrócić do domu, usiąść w wygodnym fotelu, obejrzeć film. Ale dosłownie 3 sekundy później przypomniałem sobie po co to robię.

Pomyślałem:

„hej, nie zostaniesz tutaj na zawsze. Pamiętaj po co to robisz. Za 2 miesiące zobaczysz kolejny kraj, kolejne piękna miejsca, od których serce ci zmięknie, a duch rozgrzeje. Zasiej ziarno teraz, a później zbierz plony ciężkiej pracy.”

I wierz mi lub nie ale nastąpił przełom… Niesamowity strumień energii przepłynął przez całe moje ciało po tym, jak zwizualizowałem sobie osiągany cel. W jednej sekundzie uświadomiłem sobie, że wszystko jest tak naprawdę kwestią podejścia (wiem, znowu nic nowego). W jednej sekundzie chciałem się poddać, a w drugiej wyprostowałem się i ruszyłem do przodu. Coś niesamowitego.

Okazuje się więc, że cel jest najważniejszy i jak to mówią „cel uświęca środki”. Znajdźmy więc swój cel i już nigdy nie narzekajmy.

To w sumie jedna z wielu wartości, którą uświadomiłem sobie podczas minionego roku.

„Zasiej ziarno teraz, a później zbierz plony ciężkiej pracy”.

 

Kolejną jest pokora.

Wciąż szlifuję, ale już jestem świadomy istnienia takiego terminu.

„Pokora jest warunkiem do uzyskania dojrzałości duchowej oraz psychicznej”, powiedział holenderski psychiatra Gerard J.M. van der Aardweg.

Już teraz to rozumiem. Długo to do mnie szło, ale wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

I wiesz, wstawiam te foty na Instagram i piszę często wyniosłe teksty na blogu (jak ten), ale piękno, które nauczyłem się dostrzegać, zasługuje na wyszukane słownictwo i wyniosły charakter opisu. I choć wiem że słowa i tak mają się nijak  do przeżyć, uczuć i emocji, to jednak podejmuję próby zobrazowania tego, co nas otacza oraz tego, co piękne. To taka moja własna terapia.

PS. Gdyby ktoś nie zauważył, usunąłem fanpage na Facebooku, bo nic nowego z niego nie wynikało. Tak więc jeśli ktoś chciałby śledzić moje poczynania i oglądać zdjęcia z moich podróży, to tylko Instagram : )

Usunąłem również aplikację Facebooka z telefonu, bo tylko zabijała mój czas.

Co jakiś czas zaloguję się przez przeglądarkę i to mi w zupełności wystarcza, choć i nawet wtedy nic produktywnego tam nie robię… Gdyby nie lista kontaktów, którą koniecznie chcę zatrzymać, usunąłbym całe konto…

Gdyby ktoś jednak chciał się bardzo ze mną skontaktować, to spokooooojnie, Messengera używam codziennie. Tej aplikacji nie usunąłem 🙂

 

Kilka tygodni temu przeczytałem wpis na innym blogu dotyczący podróżników i ich podejścia do ludzi, którzy w żadną wielką podróż się nie wybrali.

Nie mogę znaleźć odnośnika, ale..

…w skrócie, napisane tam było, że owi podróżnicy z reguły traktują odgórnie tych, którzy zostali w domu (z różnych powodów).

Napisane było również, że podróżnik wywyższa swój uczunek, jakby był to cel ostateczny istnienia. Jakby stał się nadczłowiekiem, bo wybrał się w podróż dookoła świata, a cała reszta to po prostu konsumenci systemu.

Postanowiłem to przytoczyć tutaj, aby przeprosić za charakter niektórych z moich wcześniejszych wpisów, z których mógł wynikać podobny przekaz.

I choć nawet w lokalnej gazecie mojego miasta rodzinnego – Tygodnik Działdowski, kiedy zapytany zostałem o strefę komfortu odpowiedziałem:

„Dla każdego oznacza to coś innego. Ale generalnie chodzi o Twoje przyzwyczajenia oraz nazwijmy to „nałogi”, które zmuszają Cię do robienia tych samych rzeczy każdego dnia. Nie pozwalają Ci one na zmianę, bo jesteś zbyt mocno przywiązany do tego, co znasz. Ludzie na ogół boją się zmian oraz tego, co nowe. Boją się wyzwań, bo nie wiedzą, co ich czeka. Nie chcą się sprawdzić, przetestować swojego charakteru.

Moją strefą komfortu, jak dla większości, była 8-godzinna praca w biurze przed komputerem, która w żaden sposób mnie nie rozwijała, a dawała jedynie poczucie bezsensownego istnienia i tkwienia w miejscu podczas, kiedy ludzie dookoła świata robią niesamowite rzeczy. Sam chciałem robić coś niesamowitego. Zbyt dużo czasu spędziłem na chowaniu się za kimś i robieniu tego, co chcieli inni, a nie czego chciałem ja.”

To jednak nadal czasami wykazywałem brak pokory, o której piszę wyżej.

 

Pokora, z kolei, doprowadziła mnie do głębszej akceptacji siebie, otoczenia i innych ludzi. Nie jesteśmy tacy sami, nie mamy tych samych celów, planów, marzeń, co innego nas jara, co innego nas buja, co innego nas podnieca.

TO JEST OK.

Zasypywanie innych swoim tokiem myślenia jest totalnie bez sensu, bo do niczego nie prowadzi, a jedynie zabiera energię i zabija zajawkę. Nauczyłem się więc patrzeć i słuchać, ale tak, żeby widzieć i słyszeć. I podoba mi się to. Lubię odnajdować siebie w ludziach, różnice między nami i podobieństwa. Lubię z nich czerpać. Ostatecznie – jesteśmy zlepkiem tych, którzy nas inspirują. A do tego trzeba być mega otwartym i skłonnym do nauki, samorozwoju i zmiany.

A jak wiadomo, zmiany są niezbędne do osiągnięcia pełnego rozwoju.

Aby zdobyć coś, czego jeszcze nigdy nie mieliśmy, musimy zrobić coś, czego jeszcze nigdy nie zrobiliśmy. Czyli zmienić nałogi i przyzwyczajenia. Inaczej zawsze będziemy docierać do tego samego punktu.

 

Zanim skończę ten elaborat, muszę dopisać jeszcze jedną rzecz. Właściwie dwie. Albo trzy.

Miniony rok był dla mnie w pełni owocny pod każdym względem. Doznałem wachlarza emocji od niepokoju, stresu, zmartwienia, strachu, aż po samą eskcytację, szczęście, radość, a nawet chyba i miłość. Dokonało się we mnie też wiele przemian. Fizycznych chyba nie (choć klata jakby większa…), ale zdecydowanie na poziomie emocjonalnym, a nawet duchowym.

Wiem jak to brzmi. „Zaczyna się gadka o religii”.

Fanatykiem religijnym nigdy nie byłem, ale coś czuję, wiesz? Zaczynam coś czuć, coś do mnie zaczyna docierać.

Nie mówię, że stałem się gorliwym chrześcijaninem nagle. Chrześcijaństwa nie chcę póki co w ogóle poruszać, ale ziom…

Podczas mojego tripa miałem do czynienia ze wszystkimi wielkimi religiami świata. Wymieniałem poglądy z żydami, islamistami i buddystami. Słuchałem, co mają do powiedzenia oraz jak zapatrują się na różne kwestie religijne.

Wiesz stary, że islamiści modlą się 5 razy dziennie każdego dnia? Codziennie!

Nie piszę o tym teraz, bo jest to dla mnie coś nowego. Wiedziałem o tym i ty zapewne też wiesz.

Piszę o tym jednak, aby zwróci twoją uwagę na ich poświęcenie i głęboką wiarę.

Ilu chrześcijan modli się 5 razy dziennie?

Ziom, kiedy islamista idzie ulicą, a przychodzi czas modlitwy (łatwo zauważyć, bo głośniki rozstawione po całych miastach głośno zaczynają nadawanie modlitwy), to on nie zaczyna modlić się w myślach, ani nie czeka, aż wróci do domu. Klęka na ulicy i zaczyna się modlić.

W Egipcie doznałem szoku widząc to zjawisko na własne oczy.

I wiesz, Islam z założenia wcale nie jest taki zły, jak o nim myślimy. Koranu co prawda nie przeczytałem, ale to i owo już wiem. O różnicach pomiędzy chrzescijaństwem też wiem.

M.in. o tym, że wierzą oni w Jezusa, ale według nich nie jest on Synem Bożym, ani drugą osobą w Trójcy Świętej, a jednym z proroków i zapowiedzianym Mesjaszem.

Polecam zainteresować się tym, co jest na zewnątrz. Chrześcijaństwo to jedna z religii, a fakt, że urodziliśmy się w Polsce nie oznacza, że akurat ta jest dla nas najbardziej odpowiednia.

Wiem, co teraz myślisz – że zrzekam się religii mojego narodu i zostaję islamistą.

Haha nie. Żadnej religii nie wywyższam, daję szansę każdej.

Skąd mam wiedzieć, które ciastko jest najlepsze, skoro ciągle jem tylko czekoladowe?

Pisząc wyżej, że „zaczynam coś czuć”, miałem na myśli, że zaczyna docierać do mnie idea wyższego bytu ponad ten, który znamy i mijamy każdego dnia na ulicy idąc do sklepu.

Zbyt dużo dobra i piękna mnie spotkało, abym nadal wierzył w przypadkowe historie.

„Nic nie dzieje się bez przyczyny.”

Na pewno słyszałeś to hasło wcześniej.

Wiesz, wierzę w nie. Wierzę w nie bardzo.

Stąd też kiedy spotyka mnie coś złego, przykrego, nie zrzucam winy na los, ludzi, Boga… Nie szukam winnego, ale i nie użalam się nad sobą.

W takich sytuacjach szukam pozytywu. Lekcji, którą mogę wyciągnąć na przyszłość, abym był mądrzejszy, silniejszy, bardziej zdeterminowany i uważny.

Ludzie zbyt wiele zła już przezwyciężyli i wytrzymali, abyśmy my doszukiwali się „złych mocy”, które nagle uknuły zły plan, aby akurat nas ściągnąć w dół.

Może to głupio zabrzmi, ale zaczynam właśnie chyba rozumieć skąd te wszystkie bóle, porażki i niepowodzenia, które są zsyłane na nas. Zaczynam rozumieć (chyba) sens naszych upadków i potknięć.

Wydaje mi się, że nie jest to całkowicie pozbawione sensu. No cóż, ksiądz zapytany o nasze porażki odpowie, że „tak chciał Bóg”. Ale co to właściwie znaczy?

Ośmielę się wyrazić swoją skromną opinię na ten temat, choć jak wspomniałem wyżej – fanatykiem religijnym nigdy nie byłem, a Pisma Świętego nie przeczytałem.

To co ja właściwie mogę wiedzieć?

Jak każdy dobrze wie, obdarzeni zostaliśmy wolną wolą.

Co to oznacza? Że właściwie możemy robić, co nam się podoba. Nie musimy wierzyć, nie musimy kochać, nic nie musimy.

Ostatnio nawet tutaj w Korei prowadziłem rozmowę na ulicy ze świadkami Jehowy, którzy przewinęli mi, że Bóg nie jest królem świata.

Powiedzieli mi, że to zło panuje na świecie, a Bóg wysuwa do nas rękę proponując nam pójscie za Nim.

Nie każe nam, tylko daje możliwość.

Tak, jak ja nie każę wam wpłacać pieniędzy na moje konto na rzecz mojego tripa. Daję wam możliwość 🙂

Ale do rzeczy. W moim skromnym mniemaniu, w tych wszystkich problemach chodzi o to, abyśmy nauczyli się szanować, doceniać, wspierać oraz kochać.

Oczywistym jest, że tęsknić za ukochaną osobą zaczynamy dopiero wtedy, kiedy nam jej zabraknie.

Dlatego też, aby docenić dobro, niezbędnym jest, aby zaznać zła.

Aby docenić szacunek drugiej osoby, musimy doświadczyć pogardy innej.

Oraz aby docenić miłość, musimy doświadczyć odrzucenia.

Wiem, znowu brzmi banalnie jak tekst Maćka z Klanu. I uwierz mi, zanim opublikowałem ten wpis, to 4 razy go przeczytałem. Jest tak inny, niż pozostałe, że sam nie wiedziałem, czy chcę, aby taki był.

Zawiera dużo prywaty, uzewnętrznienia oraz informacji, które zaczynam rozumieć, jak nazywać.

„Jaka religia? Jaka przemiana mentalna, duchowa? Jaki Bóg? Jaki alkohol?”

Sam już nie wiem, do czego prowadzi moja podróż, jakie były jej powody, jakie są teraz, a jakie pojawią się w niedalekiej przyszłości (czyli może już jutro?).

Może się zgubiłem?

A może byłem zgubiony, dlatego wybrałem się w tę podróż, aby odnaleźć sens?

Ale skoro „Boga można znaleźć wszędzie”, to myślę, że tak samo każdy może go znaleźć.

A jeśli to prawda, to śmiało stwierdzam, że jest on w tym wschodzie słońca w Izraelu:

W uśmiechach tych dziewczynek w Egipcie:

W tym hinduskim chłopczyku w Malezji:

W tym kierowcy tira, który dał mi jedzenie, picie i pieniądze, a następnie podrzucił z Malezji do Singapuru:

W tych małych uczennicach w Tajlandii:

W tych chłopcach w Indonezji:

W tych dziewczynkach sprzedających bransoletki w Wietnamie:

Nawet w tych pieskach wylegujących się przy punkcie sanitarnym w Laosie:

W tym kierowcy, który również dał mi jedzenie i picie, a następnie podrzucił kilkaset kilometrów w Kambodży:

Oraz w tych wszystkich twarzach ludzi, w tym ludzi z mojego miasta rodzinnego, z którymi miałem okazję uczestniczyć na iście tradycyjnym weselu w Korei Południowej:

 

Miniony rok przeżyłem oddychając pełną piersią, będąc sam ze sobą w najpiękniejszych, ale i najgorszych chwilach.

Dalej poznaję swoje limity i je przesuwam. Dalej poznaję swój charakter i go buduję oraz dalej odwiedzam miejsca, poznaję ludzi i szukam szczęścia.

Nawet nie wiesz jak wdzięczny człowiek potrafi stać się, doznając tego wszystkiego.

Wiesz, tutaj w Korei codziennie mój budzik dzwoni o 4:20-4:30, czasami nawet o 3:45, kiedy jest jeszcze ciemno, a niektórzy właściwie dopiero kładą się spać. Bywa mega ciężkie samo wstawanie, jak i sama praca. Ale jak wspomniałem, po kilku sezonach przepracowanyh w Holandii podczas studiów nie jest mi to już tak straszne. Tym bardziej, że teraz mam CEL i PLAN do zreazlizowania. Wiem doskonale po co to robię i to mnie napędza podczas codziennej wykańczającej, typowo fizycznej pracy po 12-13h.

Niedługo to sobie odbiję.

No ale… Jasna strona codziennego wstawania o tak wczesnej porze? Codziennie oglądam wschód słońca, który moim zdaniem jest najpiękniejszym zjawiskiem naturalnym.

Kilka dni temu przerwałem na chwilę pracę, aby zanurzyć się w tym wyimaginowanym obrazie. Był jak z bajki. A ja znowu miałem jeden z tych momentów, w których żałuję, że nie ma nikogo bliskiego obok, komu mógłbym powiedzieć „spójrz, jakie to piękne”.

Uśmiechnąłem się ciepło, otarłem oko i wróciłem z zapałem do pracy. To był dobry dzień.

 

Kolejna sprawa na dziś.

Chciałbym najpierw zaznaczyć, że nie jestem zły, ale raczej zawiedziony tym, co usłyszałem od niektórych znajomych, zanim wystartowałem w tę podróż. Zanim do tego doszło, odbyłem wiele rozmów z osobami w moim najbliższym kręgu.

Każdy mam nadzieję pamięta, co mi powiedział.

Smutne jest to, że twoje najbliższe grono nie wierzy w ciebie. Przez takie podejście część ludzi nigdy nie spełnia swoich marzeń. Bo twój przyjaciel ci powie, że „nie dasz rady, i że to głupie”.

Tym bardziej więc dziękuję za garstkę tych, którzy byli ze mną od początku.

Na zakończenie tego paragrafu przytoczę fragment prawdziwej rozmowy, którą przeprowadziłem na Bali z koleżanką z Niemiec, którą poznałem w Malezji. Koleżanka ta interesowała się ręcznie robioną biżuterią, sama coś robiła, czasami sprzedawała. Wiecie, naszyjniki, bransoletki… Nagle, od słowa do słowa, podzieliła się ze mną swoim cichym planem:

Koleżanka: wiesz, chciałabym podejść do sprawy humorystycznie i spróbować czegoś nowego. Chciałabym zacząć robić specjalną, ręcznie robioną biżuterię z motywami… Penisów i wagin.

Ja: yyy… Łał, to jest… Haha niesamowite! Serio, powinnaś spróbować! Ludzie lubią tego typu rzeczy. Sam lubię! Pierwszy egzemplarz bransoletki z motywem waginy dla mnie!

 

I wiesz… Nieważne co. Ważne, że dziewczyna miała PLAN, który chciała realizować.

Najciekawiej jest słuchać jednak ludzi, którzy planu nie mają w ogóle.

„Czekaj ziomek, kupię tylko popcorn i mogę szybciutko wsłuchać się w twój felieton na temat tego, dlaczego nie dam rady.”

Wniosek?

Działaj.

Twoje marzenia nie muszą, ani nie powinny być marzeniami kogoś innego. Są twoje, a ty jesteś jedyną osobą, która może doprowadzić je do końca.

To jak?

 

To tyle na dzisiaj. Wiem, słabe zakończenie.

Dzięki jednak bardzo, że wytrzymałeś do końca 🙂

 

Poniżej kilka dodatkowych linków, a potem niespodzianka + bonus! Czytaj więc do końca 🙂

MGradowski Trip #17 Jak zarabiac pieniadze w podrozy?

MGradowski Trip #18 Co zabrac w podroz dookola swiata?

MGradowski Trip #19 Po co ukladamy cele?

MGradowski Trip #26 Odnaleźć cel

MGradowski Trip #29 Nasz czas

MGradowski Trip #30 Priorytety

MGradowski Trip #32 Tęsknota za krajem

 

A jeśli masz ochotę, wejdź na mój profil Instagram lub YouTube.

Na YouTube warto wchodzić, gdyż wrzucam tam surowe materiały GoPro.

 

Zanim przejdę do niespodzianki, chciałbym jeszcze na chwilę skupić waszą uwagę na pewnym istotnym aspekcie mojej podróży.

Jakoś w połowie myślę, czyli może pół roku temu, założyłem konto na stronie www.Patronite.pl, gdzie każdy mógł się zarejestrować i zostać moim Patronem.

Co oznacza bycie moim Patronem?

Że taka osoba postanawia wspierać mnie comiesięczną wpłatą na moje konto (za pośrednictwem strony www.Patronite.pl), dzięki czemu mogę jeszcze efektywniej kontynuować swoją podróż.

Ku mojemu szczeremu zdziwnieniu znalazły się osoby, które dołączyły do akcji i za pośrednictwem strony www.Patronite.pl przesyłały mi comiesięczne kwoty, rezygnując tym samym z części swojego prywatnego budżetu. Coś wspaniałego, a dla mnie milion słów do wypowiedzenia, aby podziękować.

Ogromne dzięki tym, którzy byli moimi Patronami w przeciągu minionego półrocza oraz tym, którzy nadal nimi są.

Sonia Goławska

Agnieszka Skowrońska

Klaudia Kowalska

Radosław Pawłowski

Sebastian Kłosowski

 

Dla zainteresowanych, poniżej link:

ZOSTAŃ MOIM PATRONEM!

 

Ludzie, najszczersze podziękowania za stanie się częścią mojej podróży. To naprawdę wiele dla mnie znaczy.

 

Ponadto, wszyscy ci, którzy wzięli udział w akcji „WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ„, może nie zdają sobie sprawy, ale ich udział również wiele wniósł do realizacji mojego PLANU. Jest was zbyt wielu, abym wymienił tutaj nazwiska wszystkich. Każdy wie, ja wiem. Ogromne dzięki!

Na początku był taki szał z akcją, że czasami pozwalałem sobie zjeść coś lepszego i w lepszym miejscu, niż tylko ciągle street food i suchy prowiant z supermarketu 😀

Wielkie dzięki za bycie częścią całej akcji. Serio. Jaram się waszą inicjatywą.

 

Tak przy okazji, akcja „wyślij sobie pocztówkę” trwa ciągle i nieprzerwanie. Jeśli ktoś wyraża chęć, może (DOBROWOLNIE) wspomóc mnie dowolną kwotą, w zamian za co dostaje pocztówkę z kraju, w którym aktualnie się znajduję.

Dla zainteresowanych poniżej link, pod który można przesyłać donacje:

Link PayPal

Jeśli nie masz konta PayPal, możesz wykonać tradycyjny przelew na moje polskie konto T-mobile:

95249010440000420094976258

 

DZIĘKUJĘ ZA CIERPLIWOŚĆ.

TERAZ NIESPODZIANKA!

 

KONKURS!

Proszę o niekomentowanie i niepodpowiadanie tych osób, które odpowiedź już znają 🙂

Jako, że wiza w Korei Południowej wygasa mi równo w święta – 24. grudnia, to do tego czasu muszę się stąd wynieść.

Będzie szybka akcja, aby dobić gdzieś, gdzie spędzę święta i sylwestra, bo pracować tutaj planuję do 20. grudnia.

Święta 2017 spędziłem w Egipcie, a sylwestra w Malezji.

 

I tutaj zadanie i pytanie konkursowe:

Pierwszych pięć osób, które udostępnią ten post na Facebooku oraz poprawnie odpowiedzą w komentarzu pod tym postem na pytanie:

„Gdzie spędzę święta 2018?”

otrzymają pocztówki za darmo z Korei Południowej, które wysyłał będę w grudniu, razem z pozostałymi 🙂

Konkurs trwa do piątku, 16. listopada.

Zapraszam gorąco do udziału w pierwszym konkursie od MGradowski Trip!

Pozdrowionka, grubaski i do dzieła.

Już jutro jest Pierwszy dzień reszty twojego życia.

 

A teraz BONUS : )

Jak wspominałem na początku wyprawy – nigdy wcześniej autostopem nie jeździłem. To był też mój pierwszy wyjazd „na dziko”, kiedy nie wiem kompletnie gdzie, ani jak będę spał. Może „jak”, to wiedziałem. Po to zabrałem ze sobą namiot. Ale pierwszy raz był to nocleg na dziko. I od razu na obcym terenie. Gdzieś w Izraelu. W parku. Dokładniej w Jerozolimie – w świętym mieście, które według Biblii było miejscem działalności, a ostatecznie i śmierci Jezusa.

Z tego powodu też przed pierwszym noclegiem nagrałem krótki film, w sumie nie wiem po co, ale to świetna pora, aby opublikować go teraz, w rocznicę.

Łapcie:

Jerozolima, Izrael / pierwsza noc pod namiotem / 11.2017

 

Pozdrówki : )

Dodaj komentarz