MG Trip #44 Wchodzimy na wulkan (zdjęcia + filmy)

15. stycznia, bum!

Mam dzisiaj dla ciebie wpis typowy dla mnie.

Czyli jaki?

Jeśli byłeś ze mną podczas mojej samotnej wyprawy po Azji w 2018 roku to wiesz, że często piszę w wyniosły sposób.

Naczytałem się dużo psychologicznych opcji i patentów.

To pierwsza sprawa.

A druga jest taka, że przez wszystkie zebrane w Azji doświadczenia mój sposób bycia przekształcił się w nieco wyniosły.

Co to z kolei znaczy?

A no to, że czasami nawet kumplom sypię złotymi sentencjami rodem z „Alchemika” Paulo Coelho. I to nie są żarty.

Nawiasem mówiąc, książkę tę przeczytałem już 3 razy i wiesz co? Za każdym razem widzę w niej co innego.

Np. za drugim razem wcieliłem się w rolę owiec. Santiago często o nich rozmyślał mówiąc, że owiec nie interesuje nic, poza znalezieniem wody i pożywienia. Że nieważne dla nich są soczyste pastwiska, przez które są prowadzone, bo one chcą się tylko najeść i napoić.

Widzisz, to zupełnie tak, jak z nami. Często nie zauważamy piękna obok, bo jesteśmy zbyt pochłonięci zbieraniem pieniędzy na czynsz. Interesuje nas w zasadzie tylko to, aby opłacić to mieszkanie i mieć co zjeść na obiad.

Książka, ‚Alchemik”, jest o tyle mocna, że odnosi się w zasadzie do każdego z nas, jeśli tylko jesteśmy otwarci na zawarte w niej alegorie.

I ilekroć ją czytam, wciąż mnie zaskakuje swoją błyskotliwością i dogłębnością.

Pamietam, że już na studiach ktoś proponował mi „Alchemika”, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze. Dopiero po rzuceniu pracy i wyjechaniu z plecakiem znalazłem czas, aby go przeczytać.

I wiesz co? Chyba dobrze się stało, bo wtedy mogłem książki tej nie zrozumieć.

Wychodzi na to, że wszystko faktycznie ma swój czas. Wystarczy być cierpliwym : )

No, ale wracając do tematu…

Chciałbym dzisiaj opisać dzień, który przeżyłem już na Bali dwa razy w 2018 roku. Za każdym razem był równie ciężki i wymagający, a mimo to chciałem bardzo przeżyć go po raz trzeci. Mało tego – traktowałem go, jako wisienkę na torcie podczas tego wyjazdu. Nic innego nie było dla mnie tak ważne, jak właśnie ten dzień.

Gotowy, aby przeżyć ze mną tę przygodę po raz czwarty? : )

10.01, piątek, ok. 9:00 rano

Budzimy się z Kinią ze świadomością, że dziś „wielki dzień”. Planowaliśmy go od tygodnia chyba, więc to nie byle co.

Okazało się, że nasi sąsiedzi, młode małżeństwo z Kazakstanu, chcieliby przyłączyć się do nas. Czeka nas trudna misja, więc chętnie godzimy się, aby goście ruszyli z nami.

W ciągu dnia dużo nie robiliśmy, bo wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować energii na wieczór. Wtedy wszystko miało się zacząć. Małą niedogodnością było to, że na miejsce rozpoczęcia musieliśmy dojechać ok. 2 godziny. Trudno.

Cały problem i tak tkwił w tym, że finał miał nastąpić dopiero kolejnego dnia rano, o wschodzie słońca.

Domyślasz się już o co chodzi? Pewnie tak, bo wrzucałem zdjęcia na Insta : D

Ale jeśli nie masz nadal pojęcia, to czytaj dalej! : D

Tak więc cały dzień zbieraliśmy siły, a o 21:00 razem z naszymi sąsiadami wsiedliśmy na skuterki i pocisnęliśmy na inną część wyspy, aby rozpocząć misję, którą ja już zrealizowałem dwa razy.

Chciałem jeszcze.

Ivan, nasz sąsiad, wyglądał na kolesia fit. Codziennie rano pływał.

Lana z kolei, jego żona, codziennie się rozciągała, więc chyba też fit, no nie?

Wszyscy mieliśmy dać radę : )

Ok. Dalej.

Godzina 23:00, tego samego dnia

Po dwóch godzinach jazdy docieramy do ogromnej świątyni, która stanowiła punkt początkowy naszej misji.

Na luzaku wbijamy na punkt startowy, a tam lokalsi nas zatrzymują pytając gdzie idziemy. Coś tam kręcimy, aż w końcu i tak wyszło „chcemy wejść na wulkan”.

Poniżej link do wpisu z 2018 roku:

Volcano trekking

A na samym dole zdjęcia i filmy, ale niestety też z 2018 roku, bo internet mam tym razem za słaby, aby ładować cokolwiek na YouTube 🙁

Wyspa Bali ma dwa wulkany.

Pierwszy i mniejszy – Batur, nieaktywny. Ma niecałe 2 tys. m. Na jego szczycie są knajpki, więc to tak, jakbyś wszedł na Gubałówkę (jeśli byłeś kiedyś w Zakopanem). Żadna to frajda, a satysfakcja jeszcze mniejsza. Przynajmniej dla mnie.

Zachęcałem więc i Kinię i naszych sąsiadów, aby od razu uderzać na drugi wulkan.

Drugi wulkan, wyższy – Agung, wciąż aktywny. Tu jest dopiero zabawa!

Ma 3 tys. m, jest bardzo wymagający, no i sam fakt, że jest aktywny! Myślę, że nie przesadzę jeśli napiszę, że w każdej chwili może wybuchnąć!

Na górę można dostać się dwoma szlakami. W 2018 zrobiłem oba.

Jeden jest długi i wg mnie łatwiejszy. A drugi krótki i mega wymagający.

Wybraliśmy ten długi, bo jednak były z nami dwie kobiety (bez obrazy).

Po ok. 15-minutowej rozmowie ze „strażnikami” góry udało mi się namówić ich, że rozumiemy ryzyko, ale i tak chcemy wejść, bo ja już tam byłem i bla bla bla. Ale udało się. Wchodzimy.

Zaczęliśmy więc ok. 23:20 może, a na szlak, po ominięciu domków i podwórek, weszliśmy może ok. północy.

Dlaczego zaczęliśmy o takiej porze?

Z tego samego powodu, co wszyscy – żeby zobaczyć wschód słońca ze szczytu góry : )

Plan był ambitny, ale chyba nikt, oprócz mnie, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ciężko może być w górach. A ta góra jest naprawdę wymagająca. I to nie tylko przez klimat.

Ale wchodzimy.

Dobrze zaczęliśmy. Ivan z żoną prowadzili, ja obczajałem tyły. Dobry układ.

Po 2, może 3 godzinach zmieniliśmy się, bo Lana jednak nie była przygotowana na taki wysiłek. Postanowiłem więc poprowadzić, Kinia za mną, nasi sąsiedzi na końcu.

Ivan dawał radę. Lana nie bardzo.

Po drodze czułem, że muszę dodawać im otuchy. Zwłaszcza jej, bo zdecydowanie zaczynało brakować jej energii, wiary i charakteru.

Co chwila mówiłem coś w stylu „wyobraź sobie jak wdzięczna będziesz samej sobie za kilka dni, że udało ci się pokonać taką górę i samą siebie.”

Nie wiem, czy pomagało, ale samo to, że mówiłem takie rzeczy na głos, pomagało mi samemu.

I nie wiem, czy to przez to, że wchodziłem na górę już po raz trzeci, czy przez to, że robiliśmy dużo przystanków, ale tym razem miałem dużo energii. Wchodziło mi się świetnie. Nie czułem zmęczenia, ani braku chęci. A góra robiła się coraz bardziej stroma i często wchodzenie na samych nogach nie wystarczało. Dobrze, że mamy jeszcze dwie ręce : )

Ale grupa póki co dawała radę.

Niestety zabrakło charakteru, aby ukończyć wspinaczkę. Ok. 7:00 rano Lana stwierdziła, że nie da rady, tak więc Ivan zaczął schodzić z nią.

Szkoda, bo szczyt byl już niedaleko.

Z Kinią oczywiście nie oddaliśmy wygranej wulkanowi i podjęliśmy dalszą walkę. Świetna decyzja, bo już godzinę później byliśmy na szczycie!

Niesamowite, jak niewiele brakowało naszym sąsiadom, aby osiągnąć szczyt, ale postanowili się poddać.

Świetna lekcja odnosząca się do życia codziennego.

Często sami coś porzucamy, bo pochłonęło to zbyt wiele naszego czasu, nie zdając sobie jednak sprawy z tego, jak blisko celu jesteśmy.

Tak jak nasi sąsiedzi właśnie. Ok. północy dotarliśmy na właściwy szlak, a ok. 8:00 dotarliśmy z Kinią na szczyt. Po 7 godzinach więc wspinaczki nasi sąsiedzi zrezygnowali, a zabrakło im tylko godzinę. Cóż za ironia losu.

Pokręciliśmy się więc po szczycie robiąc zdjęcia i nagrywając filmy, nie dowierzając w piękno natury i jej ogrom.

Byliśmy tacy mali i nic nieznaczący. Byliśmy jak trybiki w całym kosmosie. A to dopiero góra. Wcale nie najwyższa. Choć już czuliśmy się bliżej nieba.

No i wyczaj teraz opcję.

Wchodziliśmy na górę 8 godzin. Prawie 9, bo to, bo tamto.

Czy widzieliśmy wschód słońca? Nie, bo pogoda nie dopisała. Niebo było zachmurzone.

Ale przestało się to liczyć. Ważniejsze wtedy już było pokonanie samego siebie oraz tego cichego głosu, który mówił ci, zebyś usiadł i przestał się męczyć. Żebyś zszedł już na dół i darował sobie.

Głos się nasilał, chęci opadały, energia bledła.

Na szczęście żadne z nas dwojga się nie poddało i oboje byliśmy w stanie dokończyć rozpoczętą misję.

Niestety byliśmy dopiero w jej połowie. Zejście po stromej górze jest trudniejsze, więc najgorsze przed nami : )

Pocykaliśmy te selfie i powoli w dół. Mieliśmy nadzieję, że będzie o kilka godzin szybciej, ale po drodze łapało nas i zmęczenie i ból i wiatr i deszcz, czasami palące słońce i już sami nie wiedzieliśmy, czy bardziej chcemy zejść, czy położyć się i zasnąć.

Jednak po kilku godzinach schodzenia ulegliśmy i położyliśmy się na chwilę spać. Nie daliśmy rady.

Spaliśmy może z 20 minut, ale dało nam to mnóstwo energii. Na tyle, aby nie ześwirować przy tych gęstych krzakach, które po deszczu były nieznośne i aż chciało się płakać z bezczynności, bez kitu.

Całe ciało mokre, zimne, ty głodny i spragniony, toczysz jakąś wewnętrzną walkę, której wynik nadal nie został przesądzony.

Jest godzina 15:00, 6 godzin odkąd zaczęliśmy schodzić, a końca nie widać. I dalej stromo, deszcz nadal pada, nie ma gdzie się schować, liście po twarzy cię biją, woda kapie po ciele…

Najgorzej.

Nic się nie chce. Nogi już same idą, bo same nie wiedzą co mają robić. Byłem mega poirytowany, choć nie dawałem po sobie poznać, żeby Kindze też energia nie spadła. Musiałem dodawać otuchy i sobie i jej. Ale wnętrze mi krzyczało i już chciało być w domu.

Po drodze mówiłem sobie „kurde, już zapomniałem jaka ta góra jest ciężka”.

Przeceniłem ją, choć byłem już na niej dwa razy. Zapomniałem, jak wymagająca jest i ile trzeba jej oddać siebie najpierw, aby i ona bezpiecznie pozwoliła nam podziwiać swoje piękno i dała zejść na dół.

Nie bez powodu balijczycy traktują ją jak świętą górę, w której mieszkają bogowie. Niektórzy, a może i większość przewodników, nie wchodzi na sam szczyt z szacunku do tych właśnie bogów. Ze strachu na pewno też.

Ale zobacz, jak mocna musi być ich wiara, skoro korą się przed górą.

No cóż, wulkan to więcej, niż tylko góra. Dla nich zwłaszcza.

11. stycznia, sobota, 17:15

17:15, kumasz?! O tej godzinie dobijam do skutera i sprawdzam, która jest godzina. Rzeźnia!

Schodziliśmy 8 godzin! Jestem w szoku!

Ale co lepsze, jestem pełen podziwu dla naszej dwójki, że udało nam się NIE UGIĄĆ przed tak wymagającą górą. Przezwyciężyliśmy swoje słabości i limity tego dnia. Dzisiaj wygraliśmy wielką bitwę w wojnie o charakter i tożsamość. Dzisiaj wiemy lepiej kim jesteśmy i na co nas stać.

Dzisiaj jesteśmy niezwyciężeni : )

Chciałbym napisać, że tutaj skończyła się nasza przygoda i dotarliśmy do cieplutkiego pokoiku hostelowego, ale niestety…

Czekała nas jeszcze 2-godzinna jazda w deszczu i mgle. Na skuterze. Z mokrymi ubraniami. Byliśmy cali zmarznięci, głodni, zmęczeni, źli, zirytowani i chcieliśmy tylko spać, serio. No i może pić.

Przeszło mi przez myśl, że może zostaniemy na noc gdzieś tutaj obok, ale jednak wizja naszego łóżka wygrała. Zmobilizowaliśmy się ostatecznie, zebraliśmy resztę energii i pocisnęliśmy.

Było bardzo źle. Nie chcę przeżywać tego samego po raz drugi, bo to był koszmar : D

We wpisie z 2018 roku, do którego link wkleiłem wyżej, dałem się bardziej ponieść emocjom i opisom swojego doświadczenia z wulkanem. Wtedy wchodziłem sam, bo dwóch gości z Manchesteru zostawiło mnie już po godzinie wędrówki. Wtedy też wspinałem się po raz pierwszy, więc wszystko było mocniejsze, silniejsze i po prostu nowe.

Teraz góra nie była już tym samym. Już się „znaliśmy”, stąd też ten wpis nie jest tak bardzo wyniosły, ale mam nadzieję, że choć trochę udało mi się przekazać ci z czym borykaliśmy się pokonując górę.

Szacunek do natury wzrasta, ale i zdajesz sobie sprawę, że pomimo niebezpieczeństwa jesteś w stanie zrozumieć, dlaczego ludzie to robią. Dlaczego wspinają się coraz wyżej, osiągają coraz to kolejne szczyty. Jesteś w stanie zrozumieć co nimi kieruje. Dlaczego chcą przełamywać kolejne bariery i limity własnego charakteru. Dlaczego znowu chcą wystawić się na próbę i test. Narazić się na niebezpieczeństwo i ryzyko śmierci.

Dla samego faktu bycia w chwili obecnej. Dla doznania uczucia tak prawdziwego, jak sam dotyk tej skały. Dla satysfakcji, którą daje ci pokonanie własnej słabości, własnego lęku, a może i fobii. Aby być kimś lepszym, kimś większym, silniejszym, mocniejszym, bardziej odpornym i mniej podatnym na niepowodzenia.

Ktoś kiedyś powiedział, że niepowodzenie to stan umysłu. To my sami decydujemy o tym, czy dane doświadczenie odbierzemy jako niepowodzenie, czy też lekcję, z której wyciągniemy siłę, aby wrócić i zrealizować w końcu zamierzony plan.

Naszym planem było osiągnąć szczyt i szczęśliwie zejść na dół.

Skoro to czytasz, to udało nam się. Ale jak widzisz, nie każdy, kto podejmuje walkę, wygrywa. Nasi sąsiedzi nie dali rady.

Potrzeba chęci, wiary, determinacji i zdecydowania.

Wtedy sukces będzie nasz : )

Obczaj filmy z wulkanu poniżej:

Po drodze na wulkan

Wnętrze aktywnego wulkanu!

Na dole wrzuciłem trochę zdjątek od nas, ale najpierw…

WARTO WIEDZIEĆ!

Jak zwykle zapraszamy na nasze Instagramy, bo soczyste focie będą szłyyyyyy:

Kinga

Ja

Akcja pt. „WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ” nadal trwa!

Co to oznacza?

A no to, że w zamian za twoje dobre serduszko możesz otrzymać pocztówkę od nas z miejsca, w którym aktualnie będziemy się znajdować. A że akurat jesteśmy na Bali, to… Co powiesz na pocztówkę z Bali? : )

Co muszę zrobić?

Wesprzeć nas dowolną kwotą na poczet naszej podróży.

Jak mogę to zrobić?

Wysłać pieniądze bezpośrednio na konto PayPal:

http://paypal.me/mgradowskitrip

Co, jeśli nie mam konta PayPal, a bardzo chciałbym dostać od was pocztówkę?

Spokojnie, pomyśleliśmy też o tobie : )

Specjalnie dla ciebie uruchomiliśmy konto bankowe, na które w łatwy i przejrzysty sposób okażesz nam swoje serduszko : )

Jeśli twoje serduszko jest w Polskich Złotych, zajrzyj tutaj:

Mateusz Gradowski

68 1870 1045 2078 1017 9996 0002

Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW

Jeśli jest natomiast w Euro, zdecydowanie powinieneś zajrzeć tutaj:

Mateusz Gradowski

95 1870 1045 2078 1017 9996 0001

Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW

PS. Nie zapomnij podać w tytule swojego imienia i nazwiska, abyśmy mogli odnaleźć cię i zapytać o adres do wysyłki : )

Tymczasem nadal zwiedzamy wyspę…

Zajadamy się lokalną kuchnią…

Poznajemy lokalnych mieszkańców…

Kręcimy się pod palmami…

Uczymy się robić kawę…

Kupujemy coraz to kolejne pocztówki, bo dostajemy coraz więcej wparcia od was, za co jesteśmy mega wdzięczni!

Oraz codziennie rano zajadamy się takim oto śniadankiem w hostelu (no idealnie!):

To tyle, ziomeczku : )

Jeśli podoba ci się to, co robimy, zajrzyj do nas na Instagramy, udostępnij ten wpis na FB, skomentuj naszą misję u mnie na blogu, a kto wie… Może nawet zamów sobie pocztówkę : )

Pozdrowionka z Bali, grubasku!

2 myśli na temat “MG Trip #44 Wchodzimy na wulkan (zdjęcia + filmy)

  1. Ależ Ty masz leciutkie piórko GRFFTJM, pozdrówka i czekam na więcej relacji, a pocztówkę ogarnę, I promise. Buźka:)

    „marzy mi się trip z tobą gdzieś na bali, by zapomnieć o tym co znaczymy dla nich, bo chyba oboje mamy dosyć granic”

    [youtube=https://www.youtube.com/watch?v=C29_VoRrnss&w=640&h=360]

Dodaj komentarz