MG Trip #45 Biały człowiek w Azji, c.d.

22.01, środa, 9:00 rano

Budzimy się, bo już za gorąco. Plan na dzisiaj – brak.

Decydujemy, że najpierw zejdziemy zjeść śniadanie, wtedy pomyślimy.

Na śniadanie jak zwykle niesamowita mieszanka owocowa – banan, papaja, mango, arbuz, melon, mandarynka, a to wszystko zakrapiane sokiem ze świeżej limonki. Kombinacje różne, ale zawsze smakują niesamowicie i tak, jakbym schodził na to śniadanie po raz pierwszy. Codziennie jedząc zamykam oczy zachwycając się na głos:

„niesamowite są te śniadanka. Mógłbym jadać tak codziennie.”

I czaj, schodzę kolejnego dnia na dół, a tam znowu ta przepyszna mieszanka owocowa. No jestem wniebowzięty.

Mieliśmy rację – śniadanko pomogło nam w zaplanowaniu dnia. Dzisiaj też ruszamy w pogoń za wodospadami.

Kinia polubiła je bardziej, niż ja i chce więcej. Dobrze więc, jedziemy.

Wracamy do pokoju, pakujemy się, wsiadamy na skuter i pocisk.

Nie będę wchodził w szczegóły każdego wodospadu, bo generalnie każdy płynie z góry na dół, zrywa się z jakiegoś urwiska, leci kilka metrów, po czym rozbija się o podłoże.

Dla mnie fajny wodospad to taki, pod który mogę wejść. Jeśli zdjęcie mogę zrobić tylko z daleka, to słabo. Jeśli mogę wbić się w spodenkach, zamoczyć cały i poczuć nacisk wody spadającej z góry, to się jaram.

No i dzisiaj mieliśmy właśnie obie te sytuacje, dlatego przy pierwszej byłem smutny (zdjęcie wodospadu poniżej):

…a przy drugiej jakbym wyszedł z depresji, bo po całym dniu ścigania spadającej wody, trafiliśmy na jeden z lepszych wodospadów, jaki w ogóle w życiu widziałem (zdjęcie wodospadu poniżej):

Ten był cudowny, bo przede wszystkim spory i naprawdę mocny. Poza tym była możliwość wejścia do wody bezpośrednio pod, jak i wokoło wodospadu, więc zabawa przednia, ja się jaram : D

Co bardziej fascynujące to to, że w rejonie pod wodospadem i dookoła leżało sporo skał i kamieni, w których wyrzeźbionych zostało mnóstwo postaci, głów, zwierząt, scen i innych rzeczy, które składały się na tajemnicze doświadczenie. Zupełnie tak, jak gdyby kiedyś wznosiła się tutaj jakaś starożytna budowla, pełna rzeźb i ozdób, a potem nagle zawaliła się do wody pod wodospadem i została tak nieruszone już.

NIESAMOWITE, bez kitu!

Może uda się niżej pokazać to na zdjęciach:

Wspominałem już, że teren był niemalże pusty? No garstka ludzi, którzy byli w sumie albo przed nami albo po nas. Nigdy razem, więc mogliśmy doświadczyć tego widowiska bez zbędnych gości (w kadrze też : ) ).

Życie na Bali, czy ogólnie w Azji, dla białego człowieka jest proste.

Przede wszystkim dlatego, że oni sami jarają się, że widzą białoskórego człowieka, to też witają cię serdecznie i uśmiechają się szeroko zawsze, kiedy cię widzą. I nie jest to wpływ samej turystyki. Nie robią tego tylko dlatego, bo chcą wyciągnąć od nas dolary. Dla nich jesteśmy niecodziennością, jak u nas dla niektórych nadal Chińczyk, czy czarnoskóry mężczyzna. Pomimo zacierania się granic geograficznych, etnicznych, czy nawet demograficznych, cudzoziemiec dla Polaka zawsze będzie szałem.

No i tak dla Azjatów my nadal jesteśmy wizerunkiem innego świata.

Druga sprawa – wymiana waluty.

To serio rzeźnia, kiedy trzymając w Polsce w kieszeni 270zł uświadamiasz sobie, że w Indonezji to 1,000,000 Indonezyjskiej rupii.

JEDEN MILION, czaisz?!

Przyjeżdżając na wakacje tutaj nawet my, Polacy, możemy poczuć się ekskluzywnie, wynajmując willę z basenem z widokiem na tarasy ryżowe. Coś pięknego.

Dlatego też każdy białoskóry tutaj nie szczędzi siana, wchodzi do luksusowych knajpek, zamawia drogie (chociaż w przeliczeniu i tak tanie) jedzenie i picie, korzysta ze wszystkich atrakcji, jakie wyspa na do zaoferowania oraz (moje ulubione) zachowuje się, jakby i w domu żył w takich standardach. A tymczasem Polaka tutaj rozpoznasz z taką samą łatwością, jak w Holandii po ciężkim dniu na truskawkach i widzisz, że fisiuje na prawo i lewo.

No ale są też tacy turyści, jak my sami, którzy nie przyjechali tutaj na dwutygodniowe wakacje, żeby wydać cały hajs odkładany przez rok pracy, a którzy albo faktycznie kręcą się po Azji i ciułają, jak mogą, żeby móc kręcić się dalej, albo mają po prostu wyjazd niskobudżetowy.

Różnimy się tym, że nie fisiujemy w knajpach, szukamy miejsc lokalnych, czyli tanich oraz smakujemy lokalnej kultury.

Co to znaczy?

To, że w ogóle chce nam się rozmawiać z mieszkańcami wyspy i dowiedzieć czegoś na temat ich życia codziennego i skąd bierze się ten ich ciągły uśmiech na twarzy.

My nie przyjechaliśmy na wakacje od pracy, żeby wydać siano. Przyjechaliśmy, żeby poznać inną kulturę.

Niektórzy stosują rozgraniczenie typu:

turyści i podróżnicy.

Lubię szukać przedstawicieli obu grup w ludziach, których spotykamy tutaj. Tak często to takie oczywiste…

No ale wracając do życia człowieka białego w Azji….

Myślę, że niewiele skłamię, jeśli powiem, że życie tutaj płynie jakby wolniej.

Długo się nad tym zastanawiałem. Skąd wynika to wrażenie? U nas też można wyjechać na mazury, nad morze, czy w góry i tam też będziemy mieć poczucie zwolnionego (albo nawet zatrzymanego) czasu.

I tutaj właśnie kryje się odpowiedz – natura.

Europa zajęta jest rozbudową, pędem, rozwojem, techniką i rozwojem. Tworzymy betonowe dżungle, w których nie ma miejsca na przysłowiowy „reset”. Trzeba coraz częściej szukać miejsca na spacer z psem, żeby nikt się nie skarżył, że zwierzak załatwia się u kogoś pod domem, czy na chodniku. Podwórka zamieniają się w kolorowe place zabaw, na których coraz rzadziej jest trawa, a parki usyłane są betonowymi ścieżkami, bo chodzenie po ściółce nie jest już tak bezpieczne, jak było kiedyś. Dzisiaj może wejść nam kleszcz, ugryźć komar, możemy się poślizgnąć i ubrudzić, a co gorsza nabawić się infekcji spowodowanej dotykaniem brudnych patyków…

LOL.

I jak już wspomniałem, tu właśnie kryje się cały ten sekret.

Wyjeżdżamy za miasto, na łono natury i nagle doznajemy olśnienia. Nagle stwierdzamy głośno:

„mógłbym tu żyć”.

Wchodzimy na Kasprowy Wierch i nagle coś nas rusza:

„jak tu pieknie, tak cicho. Tutaj dopiero czuję, że odpoczywam”.

To naprawdę niesamowite jak bardzo oddaliliśmy się od naszych pierwotnych przyzwyczajeń i nawyków. Jak bardzo teraz polegamy na technice, usługach i gotowych wyrobach.

Sprowadza to nasze instynkty do zaniku. Zupełnie jak nieużywane mięśnie.

Zapominamy jak to jest cieszyć się szczerze z tego, co przynosi nam dzień. Zapominamy jak to jest radzić sobie z napotkanymi problemami. Utrwalamy w sobie nawyk wyszukiwania odpowiedzi w internecie nawet, kiedy boli nas palec, a co najgorsze – zapominamy czym jest samodzielność.

Widzisz, chyba zaczynam rozumieć spokój w zachowaniu tutejszych ludzi. Oni po prostu nie uczestniczą w pędzie 21. wieku. Nadal czerpią z natury, uwalniają negatywne emocje żyjąc w zgodzie z nią i nadal używają prostych narzędzi do pracy.

Serio, któregoś dnia jechaliśmy skuterem przez jakąś wioskę, a tam ziomek jakimś małym brzeszczotem ucinał stosy bambusów. Było widać, że już sporo zrobił, a zostało mu drugie tyle.

Na pole każdy zabiera ze sobą mały sierp, który widać, że przeżył kilka pokoleń.

Ludzie nadal tutaj żyją prosto, nie wymagające zbyt wiele od życia. Na Bali turystów jest pewnie więcej, niż samych mieszkańców, co mogłoby być wykorzystywane na każdym kroku w kwestiach finansowych, a mimo to cała masa lokalnych ludzi pomaga, częstuje, czy robi inne rzeczy tylko i wyłącznie po to, aby wywołać na naszych twarzach uśmiech tak szeroki i szczery, jaki każdego dnia noszą oni.

NIESAMOWITE, bez kitu!

Chciałbym jeszcze na moment wrócić do różnic pomiędzy takim typowym turystą, a podróżnikiem.

Kiedy byłem w Azji poprzednim razem, tripując z namiotem, jeżdżąc autostopem i kompletnie nie wiedząc, dokąd zabierze mnie kolejne auto, spotykałem mnóstwo ludzi, którzy tripowali dokładnie tak samo, jak ja – bez celu, bez planu, bez pieniędzy, ale za to z otwartym umysłem i chęcią poznania, zdobycia mądrości życiowej, osiągnięcia wyższego poziomu świadomości oraz chęcią ukształtowania swojego charakteru.

I tym razem poznaliśmy też młode małżeństwo z Kazakstanu, którzy są naszymi sąsiadami.

Rozmawiamy sobie czasem przy śniadanku i dowiedzieliśmy się, że Ivan jest informatykiem i pracuje zdalnie tj. przez kilka godzin dziennie coś tam dłubie przy kompie wykonując zlecenia dla pracodawców. Lana z kolei, jego żona, zajmuje się organizacją wyjazdów. Podczas podróży nie pracuje, więc ma tylko to, co uda jej się zaoszczędzić w domu.

I tak jeżdżą sobie jakoś co pół roku i wyjeżdżają też na kilka miesięcy, do pół roku.

No i mega fajne w tym jest nie to, że ziomek ma pracę podczas wyjazdów, ale ich wizja postrzegania tego czasu. Rozmowy z nimi są mega krzepiące, bo mówią o tym, co ja osobiście doskonale wiem i rozumiem, ale równocześnie podsycają moją energię i utwierdzają mnie w przekonaniu, że wspomniane przeze mnie wyżej poziomy świadomości nigdy nie przychodzą same, a jedynie my sami zdobywamy je poprzez coraz to nowe doświadczenia i otwarty na nie umysł.

Ivan sporo mówił i materialiźmie, od którego starają się z Laną uwolnić. Pousuwali swoje konta na fejsbukach, czy innych Instagrama gdzie, żeby dać sobie więcej czasu.

Pisałem o tym, kiedy byłem w Kambodży.

Telefon wtedy padł mi na 3 tygodnie. Przez ten czas nie miałem kontaktu ze światem, a że byłem akurat na wyspie, to nawet z lądem nie miałem kontaktu. Postanowiłem wtedy też nie ruszać aparatu i kamery, żeby faktycznie dać sobie odpocząć od elektroniki, techniki i mediów społecznościowych.

I wiesz co? Te 3 tygodnie naprawdę były najlepszym czasem mojej całorocznej podróży. Bez kitu. Byłem wolny, bo miałem czas cieszyć się tą wolnością. Byłem obecny w każdej chwili, mogłem skupić się na tym co widzę, robię i co mnie otacza. Nie wyjmowałem co chwila aparatu, żeby cykać focie, nie pisałem nic na blogu, nie sprawdzałem, czy moje zdjęcia na Insta mają już 100 lajków.

NIESAMOWITE, bez kitu.

Wracając do myśli i przebywaniu wśród natury…

Tak bardzo piękna jest obecność natury w naszym życiu, a tak bardzo prosta jest do osiągnięcia.

Nie trzeba szukać odpowiedzi na to, co może być źródłem naszej energii, bo odpowiedź tę już znamy. Wmawiamy sobie tylko, że tak nie jest, bo szukamy wymówek.

Wystarczy otoczyć się dobrymi ludźmi, którym uśmiech nie schodzi z ust. Którzy podsycają nasza energię i zapał.

Wystarczy wyjść na powietrze i pooddychać. Zatrzymać się na chwilę w tym pędzie i rozejrzeć dookoła.

Wystarczy skupić się na tym, co dobre dla mnie, nie dla ludzi, których opinia nigdy nas nie zadowoli.

Oraz co najważniejsze…

Wystarczy mieć otwarty umysł na zmiany. Potrzebujemy ich. Żeby nie zwariować. Żeby dostrzec piękno w różnych perspektywach.

Na koniec chciałbym podzielić się z tobą pewną książką, którą właśnie czytam. To jedna z tych, która zmienia życie. Przynajmniej tak mówią. Ale po przeczytaniu połowy jestem w stanie podpisać się pod tym. Jeśli więc podobał ci się „Alchemik” od Paulo Coelho, to uważam, że i ta pozycja cię zaciekawi.

Otóż opowiada o etapach podnoszenia naszej świadomości. Świetna historia osadzona w opowieści przygodowej z elementami kryminału. Wraz z rozwojem akcji, czytelnik uświadamia sobie co w życiu jest istotne, na co zwracać uwagę w codziennych relacjach z ludźmi oraz jak może zajrzeć w głąb siebie tak, aby poznać swoje wnętrze oraz dowiedzieć się, dlaczego pewne z moich zachowań są takie, a nie inne.

Tytuł książki to:

„Niebiańska przepowiednia”, James Redfield

Posiada więcej, niż jedną część : )

Świetna historia dla miłośników samorozwoju, gonitwy za własnym „ja” oraz poszukiwania sensu istnienia.

A tymczasem będę kończył swój wywód, bo podczas, kiedy u ciebie jest 16:00, u mnie jest 23:00, więc chyba muszę kłaść się zaraz spać : )

Na koniec jak zwykle kilka zdjęć, ale żeby zobaczyć więcej naprawdę zachęcam do śledzenia naszych instagramów : )

Oraz…

WARTO WIEDZIEĆ!

Jak zwykle zapraszamy na nasze Instagramy, bo soczyste focie będą szłyyyyyy:

Kinga

Ja

Akcja pt. „WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ” nadal trwa!

Co to oznacza?

A no to, że w zamian za twoje dobre serduszko możesz otrzymać pocztówkę od nas z miejsca, w którym aktualnie będziemy się znajdować. A że akurat jesteśmy na Bali, to… Co powiesz na pocztówkę z Bali? : )

Co muszę zrobić?

Wesprzeć nas dowolną kwotą na poczet naszej podróży.

Jak mogę to zrobić?

Wysłać pieniądze bezpośrednio na konto PayPal:

http://paypal.me/mgradowskitrip

Co, jeśli nie mam konta PayPal, a bardzo chciałbym dostać od was pocztówkę?

Spokojnie, pomyśleliśmy też o tobie : )

Specjalnie dla ciebie uruchomiliśmy konto bankowe, na które w łatwy i przejrzysty sposób okażesz nam swoje serduszko : )

Jeśli twoje serduszko jest w Polskich Złotych, zajrzyj tutaj:

Mateusz Gradowski

68 1870 1045 2078 1017 9996 0002

Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW

Jeśli jest natomiast w Euro, zdecydowanie powinieneś zajrzeć tutaj:

Mateusz Gradowski

95 1870 1045 2078 1017 9996 0001

Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW

PS. Nie zapomnij podać w tytule swojego imienia i nazwiska, abyśmy mogli odnaleźć cię i zapytać o adres do wysyłki : )

PS2. Na Facebooku pojawiły się pierwsze zdjęcia ludzi, którzy otrzmali już pierwsze pocztówki jako dowód, że wysyłamy je NAPRAWDĘ : )

Chętny?

chilling gdzieś na herbatce z widokiem na tarasy ryżowe, ahh : )
poznawanie lokalnych ludzi : )
tak, robimy użytek z namiotu. pływanie w oceanie samo się nie zaliczy : )
był wschód słońca na Bali, jest też i zachód słońca na Bali : )
a sesja jaka byłaaaaaaa…

Pozdrowionka jeszcze z Indonezji, choć już niedługo! : )

Dodaj komentarz