MG Trip #46 Pożegnanie z Bali

25.01, sobota, 4:00
Wstajemy pełni podekscytowania (szkoda, że nie energii), bo o 5:00 ciśniemy na lotnisko, a że droga będzie trwała z półtorej godziny, a lot o 8:30, a na lotnisku trzeba być 2 godziny wcześniej, a odprawić bagaż, a znaleźć odpowiednią bramę, a łazienkę, a kupić wodę, a to, a tamto…


Generalnie jaramy się, bo rzuciliśmy pracę na rzecz zwiedzenia Azji (a może i świata) i już za kilka godzin będziemy w innym, drugim już, kraju. Jaramy się totalnie (i stresujemy), ale wiemy, że tego właśnie chcemy i po to właśnie znaleźliśmy się w Azji – żeby gonić te niewiadome i łapać za rogi.


Dla mnie to też zupełna nowość, bo za kilka godzin odwiedzę kraj, w którym jeszcze nie byłem, więc dreszczyk emocji powraca. Pakowanie plecaka na nowo po miesiącu spędzonym w Indonezji również robi swoje. Przypomina mi wszystkie te pakowania, które towarzyszyły mi w 2018 roku, kiedy to zjechałem autostopem kilka krajów na tym właśnie kontynencie.


Mega fajne uczucie, polecam.


Tak więc stało się. Pierwszy przystanek podczas naszej podróży odhaczony. Mapa powoli się zapełnia, geografia staje się łatwiejsza do odszyfrowania, już wiemy jakie kraje są obok, jakie możliwości mamy, gdzie możemy się udać, że zielone na mapie, to tereny zielone, a niebieskie, że woda. Tyle teorii wpajanej w procesie praktyki, że ojejku, ojejku, a my tyle lat w szkolnych ławkach odpytywani z gegry i nic.


Chciałbym w dzisiejszym wpisie podsumować nieco nasz pierwszy, wspólnie odwiedzony kraj podczas tego wyjazdu. Mam nadzieję, że uda mi się sprawić, że zostaniesz ze mną, aby dowiedzieć się jak przeżyliśmy pierwszy tydzień w kolejnym kraju.


A jaki to kraj?


Jeśli obserwujesz mnie na Instagramie, to już wiesz, bo zdążyłem wrzucić jakąś fotkę, zanim trafiliśmy do hostelu, w którym nie było internetu (dlatego wrzucam ten post w czwartek, a nie w środę, jak to zwykle robię odkąd wyjechaliśmy).


Jeśli natomiast nie obserwujesz mnie na Instagramie, to czeka cię tydzień wspaniałej i błogiej nieświadomości oraz wyczekiwania, aż wypuszczę kolejny post o naszych początkach tutaj, w kolejnym kraju : )
Tak więc do dzieła, grubaski!


Zacznę może od tego, że serdecznie polecam wyspę Bali bez względu na to, co mówią ci twoi znajomi, którzy przylecieli tu na 2 tygodnie, a jedyne co widzieli, to „Top 5 atrakcji turystycznych na Bali”, które można znaleźć na każdym blogu z milionem odwiedzin tygodniowo.


To ściema.


Takich ludzi w ogóle nie słucham, bo należą o tych, którzy lecą do Azji, ale jedzą tylko w knajpach serwujących zachodnie jedzenie, czy pizzę, piją Heinekeny albo Mojito, wszędzie jeżdżą taksówkami i dosłownie wybierają tylko takie miejsca na szamę, w których siedzą dosłownie tylko biali ludzie.


I to jest ich lokalne doświadczenie kraju oddalonego o 16 tys. km od domu. To o czym my mamy rozmawiać?


Bali jest zielona, bogata w roślinność, pełna świątyń, tradycji, wodospadów, pól ryżowych, bożków i ich posągów na każdym rogu, a także codziennym ceremonii odprawianych rano przez gospodyni domowe (które są wspaniałym doświadczeniem same w sobie).


Bali mógłbym podsumować jako wyspę artystów. Jest tu mnóstwo ręcznie robionych rzeczy, które lokalni ludzie sprzedają na ulicach.


Tak, większość robiona typowo pod turystów, typu biżuteria, wianeczki, koszyczki, czy inne pamiąteczki, które biali ludzie przywożą do domu. Ale pomimo tego widzisz, jak sami lokalsi dekorują swoje domy w te kolorowe obrazy, ręcznie rzeźbione meble drewniane, czy inne ozdoby mieszkalne, typu figurka jakaś do postawienia.


Tak więc to raczej tak, że dla turystów wystawiane jest to, co lokalsi sami i tak używają i kupują. No tylko, że dla nas robią z tego masówkę, a my się i tak jaramy jak w grudniu na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku.


Na Bali również warto przylecieć że względu na ludzi. Mają oni cudowne usposobienie dla siebie nawzajem oraz dla obcych.
I tutaj od razu odbiję kontrargument za tym, że są mili, bo chcą siano wyciągnąć ode mnie, jako przyjezdnego.


Spędziliśmy tutaj miesiąc mieszkając nie w typowym hostelu i nie w centrum barów, klubów i imprezy ale na uboczu, wynajmując pokój u lokalnej rodziny. Nazywa się to nie hotel (ani hostel), tylko „homestay”, bo faktycznie zostaje się w domu gospodarza.


I tak też się czuliśmy – jak członkowie rodziny. Bo codziennie widzieliśmy, jak matka naszego gospodarza odprawia swoje poranne rytuały wypędzające złe duchy z terenu domu, codziennie mieliśmy do czynienia z małą córeczką gospodarza, codziennie piliśmy herbatkę na podwórku… Dosłownie żyliśmy ich życiem przez miesiąc, a oni w zamian dostawali nasz uśmiech i mógłbym przysiąc, że to im wystarczało.
Już po odwiedzinach Egiptu w grudniu 2017 i Singapuru w lutym 2018 zauważyłem zależność, która opowiada się za tym, że im kraj biedniejszy, tym ma więcej do zaoferowania. Niestety w większej ilości przypadków tyczy się to też ludzi, ale to gruby temat, w który chyba nie chcę zagłębiać się teraz.


Dlatego też taka Bali, która choć napędzana przez turystykę nadal boryka się z trudami dnia codziennego, oferuje nam swoje piękno, lokalne jedzenie (do którego odniosę się niżej), uprzejmość i życzliwość, a ponadto bezinteresowność. I nie mówię tu o człowieku próbującym sprzedać nam muszelkę na targu. Nie mieszajmy tego człowieka z „ciocią”, która w zamian za donację, którą dajemy jej za skorzystanie z bujaczki zawieszonej na palmach na jej podwórku, ta daje nam dwie butelki lodowatej Coli, za co spokojnie mogła wziąć siano, a my nie zauważylibyśmy w tym nic dziwnego, bo byśmy pomyśleli, że po prostu ma biznes na boku.


Może marny przykład i nie oddaje dobrego serca tej „cioci”, ale jakbyś widział, jak wsiada na motor, żeby pojechać po te butelki (chyba do sklepu, bo przywiozła w ładnej reklamówce), to byś wiedział o czym mówię. Złota kobieta.


Uważam więc, że z racji takiej, że technika u nas, w Polsce, jest bardziej dostępna, to stajemy się przez nią coraz dosadniej ogłupieni, a nasze pierwotne instynkty naprawdę zanikają.


To ostatnie to już nie moja prywatna obserwacja, tylko udowodnione przez odpowiednich ludzi zjawisko, które towarzyszy nam już od wielu lat.


No ale cóż, póki hajs się zgadza, to chyba wszystko gra : )


Wspomniałem wyżej, że Bali oferuje też swoje własne, lokalne jedzenie. Wstyd się przyznać, ale osobiście nie należę do tych ludzi, którzy podróżują, bo chcą poznać inne smaki. I choć mam tutaj masę możliwości sprawdzania tych kuchni, to z jakiegoś powodu nie robię tego. Chyba po prostu nie lubię eksperymentować z jedzeniem.
I tak, jak lubię zmieniać miejsca, bo lubię takie niewiadome, to jedzenie lubię to, które znam. Serii. Dziwne, wiem. Ale jak docieram do takiej Indonezji, to szukam ryżu z warzywami… Kiedyś szukałabym ryżu z kurczakiem, ale odkąd nie jem mięsa, a nie jem go od 21. września, to warzywa muszą starczyć : )


Nie wiem w ogóle, czy pisałem, ale decyzję o niejedzeniu mięsa podjęliśmy wspólnie z Kinią pod wpływem znajomych, których poznaliśmy w Holandii, a którzy są właśnie w Laosie – bum, niedaleko! Co więcej – w marcu spotykamy się w jednym z krajów w tej części Azji, kolejne bum! Jaram się totalnie, więc pozdrawiam z tego miejsca Maję i Damiana 😀


PS. Nadal nie jemy mięsa 😀


Co więcej, jeśli chodzi o temat Bali.


Chyba ze 3 dni poświęciliśmy na włóczenie się na motorku i szukaniu wodospadów. Znaleźliśmy ich sporo, większość bezpłatnych, bo oczywiście uzgodniliśmy, że płatne odstawiamy na bok, chyba, że cena będzie taka, na którą się zgodzimy. Więc za 3, czy 4 z nich zapłaciliśmy jakieś marne grosze.


Cóż, nie widzieliśmy więc tych „najpiękniejszych”, a zarazem najdroższych, pod którymi jest masa turystów, choć trzeba płacić najwięcej siana : (


Ale za to mamy kozackie zdjęcia z tych wodospadów, za które dawaliśmy tylko donacje, a które były totalnie puste, lol.
Tak więc ta część wizyty na wyspie była bardzo spoko. Chociaż dla mnie osobiście wisienką całego wypadu tutaj i tak było pokonanie tego 3-tysięcznika po raz trzeci. Serio. Jara mnie taka fizyczna tyrka, podczas której mogę sprawdzić się, zmęczyć i ewentualnie przesunąć dalej belkę zwaną „limit”. Fajnie poszerzać horyzonty i zawężać limity. Fajnie ustanawiać je na nowo, testować swój charakter i poznawać siebie.


Jest to jednak coś, co pozwala ci za każdym razem na wyraźniejsze zdefiniowanie siebie. Na to wyznaczenie na ile naprawdę cię stać i jak daleko jesteś w stanie się posunąć, aby osiągnąć zamierzony cel. To właśnie to stawianie się w coraz to nowych sytuacjach i wyzwaniach sprawia, że łatwiej nam opisać siebie i określić swoje miejsce.


I w ogóle beka, bo o tym między innymi mówi książka, o której wspominałem w ostatnim wpisie, tj. „Niebiańska przepowiednia”, Jamesa Redfielda.


Ja już ją przeczytałem i czytam drugą część, ale rzeźnię robi już pierwsza, bo wręcz stanowi instrukcję, jak podjąć świadomy proces samorozwoju i rozwinięciu swojej świadomości.


Bez kitu, niesamowita ta książka. Jaram się.
I wiesz, choć nadal nie wiem dokąd dokładnie zmierzam i co chcę w życiu robić, to cieszę się, że szukam.


Dzisiaj np. rozpocząłem coś mega fascynującego, czym chciałbym podzielić się z tobą już teraz, ale pozwolę sobie zostawić to na kolejny wpis, bo zasługuje na dłuższe tło i opis.


Podpowiem tylko, że to coś, otworzy przede mną kolejne drzwi, przez które będę mógł przejść w planowaniu swojej przyszłości.
Co lepsze, rozpoczęliśmy to razem z Kinią, więc oboje konsekwentnie dążymy do tego, aby ostatecznie określić siebie i swoje wymagania.


I jaram się, bo oboje możemy się w tym motywować i inspirować. Możemy dzielić się tym doświadczeniem i wymieniać spostrzeżenia, dzięki czemu cały proces ten będzie pełniejszy, a przynajmniej taki mam nadzieję będzie, im bliżej końca będziemy się zbliżać : )

A tymczasem będę chyba kończył.


Jest 30. Stycznia, 23:05, czwartek, a jutro wstajemy z budzikiem o 7:00.


Internet niestety limitowany, chociaż jest progres, bo w poprzednim hostelu nie było w ogóle, tak więc tym razem bez zdjęć, bo załadowanie choćby jednego zajęłoby mi wieki.


Tak więc nie pozostaje mi nic innego, jak…

WARTO WIEDZIEĆ!


Jak zwykle zapraszamy na nasze Instagramy, bo soczyste focie będą szłyyyyyy:


Kinga
Ja


Akcja pt. „WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ” nadal trwa!


Co to oznacza?


A no to, że w zamian za twoje dobre serduszko możesz otrzymać pocztówkę od nas z miejsca, w którym aktualnie będziemy się znajdować. A że akurat jesteśmy na Bali, to… Co powiesz na pocztówkę z Bali? : )


Co muszę zrobić?


Wesprzeć nas dowolną kwotą na poczet naszej podróży.


Jak mogę to zrobić?


Wysłać pieniądze bezpośrednio na konto PayPal:


http://paypal.me/mgradowskitrip


Co, jeśli nie mam konta PayPal, a bardzo chciałbym dostać od was pocztówkę?


Spokojnie, pomyśleliśmy też o tobie : )


Specjalnie dla ciebie uruchomiliśmy konto bankowe, na które w łatwy i przejrzysty sposób okażesz nam swoje serduszko : )


Jeśli twoje serduszko jest w Polskich Złotych, zajrzyj tutaj:


Mateusz Gradowski
68 1870 1045 2078 1017 9996 0002
Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW


Jeśli jest natomiast w Euro, zdecydowanie powinieneś zajrzeć tutaj:


Mateusz Gradowski
95 1870 1045 2078 1017 9996 0001
Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW


PS. Nie zapomnij podać w tytule swojego imienia i nazwiska, abyśmy mogli odnaleźć cię i zapytać o adres do wysyłki : )

Pozdrowionka, grubaski! : )

Dodaj komentarz