MG Trip #47 Filipiny!

Siemaneeeeeczko ludziska!

Mega się jaram, że ktokolwiek czyta wypociny z mojego kolejnego tripa, bez kitu.

A wiem, że ktoś czyta, bo monitoruję sobie wyświetlenia, więc wiem : )

Pamiętam, jak wyjechałem do Azji po raz pierwszy i zacząłem spisywać to, co dzieje się u mnie po drodze. Miałem wtedy jakieś pojedyńcze wyświetlenia, a i tak była bomba.

A potem nagle Onet.pl wrzucił jeden z moich wpisów na stronę główną i nagle zrobiło się kilka tysięcy wyświetleń w ciągu jednego dnia, beng!

Jak rzuciłem korpo i wyjechałem do Izraela – wpis z listopada, 2017 roku

No ale kolejnych już nie wrzucali, więc wyświetlenia spadły znowu haha

Potem udało mi się spisać listę rzeczy, które miałem w plecaku i nagle znowu liczba wyświetleń poszybowała w górę, ciekawe czemu. Czyżby podświadomie każdy chciałby wybrać się w taką podróż i „w razie czego” już kmini sobie co zabrać? Może : )

Co zabrać w podróż dookoła świata? – wpis z marca, 2018 roku

No ale wracając… Cieszę się, że ktokolwiek jest tutaj nadal ze mną : )

Sporo rzeczy zaczyna się dziać. Jesteśmy już w kolejnym kraju (drugim dopiero, ale czas szybko płynie), odeszliśmy już od prywatnego pokoju i luksusu. Na Bali to były wakacje od pracy w Holandii. Teraz zaczyna się przygoda z plecakiem tak naprawdę. Siana oczywiście jeszcze mamy, ale już zaczynamy liczyć się z każdym groszem, żeby beztroskie tripowanie trwało jak najdłużej, wiadomo : )

Tak więc siedzimy teraz w 6-osobowym pokoju, gdzie znowu nie ma wifi, woda z prysznica leci tylko zimna, obok stoi tylko wiatrak, także klimy brak, choć klimat aktualnie i tak nas nie rozpieszcza, więc może to i dobrze. Ale na zewnątrz jest basen, więc odrobina tego luksusu jednak jest. W każdej chwili można wskoczyć i się ochłodzić. Tak jakby co : )

Nasz 6-osobowy pokoik 🙂
Tuż przed naszym pokoikiem 🙂

W poprzednim wpisie wspomniałem, że zacząłem robić coś nowego tutaj. Coś, co otworzy przede mną kolejna drogę i co będę mógł wykorzystać w przyszłości jako albo sposób na życie albo jako sposób na podróżowanie. Chociaż podróżowanie to też jakiś sposób na życie, więc… : )

Tak więc moi drodzy, wszem i wobec ogłaszam, iż 2. lutego, 2020 roku (2.02.2020, piękna data…) zdałem swój egzamin na nurka z certyfikatem PADI Open Water, sztoooooos!

Niestety data uzyskania certyfikatu to 4.02, a nie 2.02 🙁

I jakby tego było mało, Kinia zdała ten sam egzamin, beng! Tak więc oboje jesteśmy teraz certyfikowanymi nurkami, o-oł!

Co to oznacza? A no to, że możemy teraz nurkować na całym świecie, niestety jeszcze nie sami, tylko z kimś, no i niestety, ale tylko do 18m głębokości.

I tak bomba straszna. Ostatniego dnia kursu zeszliśmy na głębokość właśnie tych 18m i był ooooogień, bez kitu! Widziałem dużego żółwia! O takiego:

Bestia!
Takie tam z żółwiem…
Wszyscy mają z żółwiem, ma i Kinia!

Mnóstwo ryb i zwierzątek wodnych. Aż sama świadomość potęgi życia podwodnego jest fascynująca.

Wody zajmują ponad 70% powierzchni Ziemi, obczaj jak dużo. No i teraz wyobraź sobie, że nie schodząc pod wodę człowiek poznaje nawet nie 1/3 naszego świata, łoł. Szok, serio.

W ogóle przy okazji rozmowy o tym chciałbym również pochwalić się, że dzięki temu właśnie kursowi, który zajął mi 4 dni, byłem w stanie spełnić dwa ze swoich marzeń, jakimi były zobaczenie rafy oraz obczajenie zatopionego statku. Beng!

Moje zaledwie 18m dopuszczalnego zanurzenia wystarczyło, aby znaleźć zatopiony wrak, przyjrzeć mu się z bliska, dostrzec jak czas i woda wpłynęły na niego oraz dać się ponieść fantazji i emocjom. Byłem mega poruszony i podniecony na raz.

Niestety tego dnia akurat nie brałem ze sobą gopro, więc nie mam żadnego zdjęcia. Tego dnia chciałem po prostu cieszyć się oddychaniem pod wodą i zwiedzaniem podwodnego świata, który jest NIE-SA-MO-WI-TY, bez kitu.

Pod spodem wrzucę kilka zdjęć z pozostałych dni kursu, ale zanim zjedziesz na sam dół wpisu opiszę ci po krótce czego nauczyliśmy się podczas tego kursu, bo to niesamowita przygoda.

Najpierw mieliśmy zajęcia na basenie, co by oswoić się z samym faktem, że oddychamy pod wodą. Da się, ej!

Celem zajęć basenowych było wzbudzenie w nas zaufania w sprzęt. Mieliśmy zdać sobie sprawę, że oddychamy, woda nie wlewa nam się do płuc, żyjemy, wszystko jest fajnie, więc jeszcze tylko dodatkowych umiejętności i można nurkować.

A tych dodatkowych umiejętności było w sumie sporo.

Czaj, nauczyliśmy się np. tego, jak założyć cały ekwipunek pod wodą będąc w stanie nadal oddychać, nauczyliśmy się jak pod wodą „wylać” wodę, która dostała ci się pod maskę, nauczyliśmy się też, jak się zachować, kiedy z ust wypadnie ci regulator, przez który oddychasz, co zrobić, kiedy powietrze zacznie ci uciekać, albo regulator idę uszkodzi, jak zdejmować maskę i zakładać z powrotem (i wtedy znowu oczyścić ją z wody, która dostanie się pod nią), nauczyliśmy się też…

Masa, masa, masa rzeczy. Przerobiliśmy chyba wszystkie z możliwych sytuacji, które mogą wydarzyć nam się pod wodą i zachowania, które powinny nam wtedy towarzyszyć. Jeśli więc będę sobie 10m pod wodą i nagle wleje mi się kupa wody pod maskę, to spoko, nie ma paniki, bo będąc na tej głębokości wiem, że bez problemu mogę pozbyć się tej wody : )

Będąc na tej samej głębokości, jeśli z mojego glown go regulatora jakimś sposobem przestanie mi lecieć powietrze, to także luzik. Każda kamizelka ma dodatkowy, zapasowy regulator, którym również mogę oddychać. Wyjmuję ten główny wtedy z ust, sięgam po zapasowy i wkładam go do ust. I tutaj cała beka, bo jak wkładam zapasowy, to mam w ustach wtedy mnóstwo wody, bo jednak muszę te usta na chwilę otworzyć przed włożeniem regulatora.

Ale luuuzik, instruktor, rodowity Filipińczyk, pan Lorenzo, pokazał nam jak pozbywać się nadmiaru wody w ustach kiedy już jesteśmy pod wodą.

No niesamowita sprawa, bez kitu!

Ogarnęliśmy na basenie mega dużo przydatnych rzeczy, które potem musieliśmy tylko przetestować w praktyce będąc kilka metrów pod wodą. Głowa mała.

I jakby tego było mało, to powiem ci, że używanie płetw to wcale nie takie hop siup.

Zbalansowanie swojego ciała pod wodą tak, aby ani nie opadało na dno, ani nie unosiło się niekontrolowanie na powierzchnię, to też nie byle co.

Tego musieliśmy się sztywno uczyć. Są fajne techniki, których nurkowie używają, żeby móc sobie pływać ciągle na równym poziomie. Także jeśli chcesz podpłynąć do samego dna i z bliska patrzeć na małe zwierzątka tam sobie chodzące, to nie wystarczy tam po prostu podpłynąć.

Jestem oporowo zajarany faktem, że udało nam się ukończyć ten kurs. Teraz możemy zwiedzać rafę całego świata. Ale sztos!

Jest tylko jeden szkopuł – możemy nurkować tylko do 18m, a większość fajnych rzeczy jest głębiej : (

Co możemy zrobić w tej sytuacji?

Zrobić kurs Advanced Open Water, który zwiększy moje kwalifikacje do nurkowania na głębokość 30m!

Czaisz?! 30m!

I powiem ci w tajemnicy, że chyba zrobię ten kurs… Wtedy nie dość, że będę mógł wyczajać statki, które zatopione zostały głębiej, będę mógł podziwiać bardziej różnorodną faunę i florę podwodną, to może i łatwiej będzie mi znaleźć sezonową pracę w jakimś centrum nurkowania, na jakiejś rajskiej wyspie, w pięknym miejscu na Ziemi, prowadząc beztroskie życie pod palmami.

To właśnie miałem na myśli, kiedy w poprzednim wpisie wspomniałem, że zacząłem robić coś, co otworzy mi kolejną drogę. Dałem sobie kolejną możliwość, którą mogę wybrać decydując się na przyszłe życie.

Tak samo ze służbą wojskową z którą odbyłem na początku roku 2019. Jeśli coś pójdzie nie tak, to zawsze mogę wstąpić do wojska : ) A skoro byłem w Marynarce Wojennej i zostałem marynarzem, to mój kurs nurkowania na pewno pomógłby mi w zdobyciu lepszej pozycji.

Widzisz, tak się cieszyłem, kiedy ukończyłem Filologię Angielską, po której zostałem nauczycielem, że pracę będę miał zapewnioną. Myślałem, że świat stoi dla mnie, jako nauczyciela otworem, a ja już nigdy nie będę musiał martwić się o pieniądze.

I wiesz, jeśli postanowiłbym mieszkać w Wietnamie i tam uczyć angielskiego, to naprawdę miałbym fajne życie. Pracowałem tam już i wiem ile mogę tam zarobić. W Polsce nauczyciele po wielu latach stażu nie dostają tyle, ile ja dostawałem tam bez doświadczenia.

Niestety nie wiem, czy chcę na stałe przeprowadzić się do Wietnamu, więc ten pomysł na razie musi odejść na bok. Na szczęście decydować jeszcze nie muszę.

Kiedy jednak zdecydować będę musiał, chciałabym mieć z czego wybierać. Chciałbym móc rozłożyć swoje możliwości jak karty na stole i przyjrzeć im się dokładnie.

Co mogę robić, co chcę robić, a czego w ogóle nie mam zamiaru.

Dlatego też kurs nurkowania zrobiłem po części dlatego, że to nowe doświadczenie, bo z ciekawości, a bo i zatopione statki i żółwie morskie, ale po części też dlatego bo wiem, że w pięknych kurortach nadmorskich łatwiej będzie mi się zahaczyć.

I tak, wiem, że pierwszy kurs Open Water znaczy mało i póki co mogę co najwyżej znaleźć pracę za kasą w sklepie nurkowania, ale hej, o to właśnie chodzi. Mam już pojęcie o sprzęcie, wiem jak się ubrać, czego potrzeba, więc i tam fajnie byłoby spędzić wakacje, na pięknej plaży pod palmami, nawet za kasą, a nie jak do tej pory to robiłem – w Holandii na ciężkiej pracy 6 albo 7 dni w tygodniu, bez czasu na sen, czy seks.

Wracając więc do tematu – fajnie, że stworzyłem sobie kolejną możliwość, którą w życiu będę mógł wykorzystać.

Nie chcę stanąć kiedyś pod ścianą i uświadomić sobie, że muszę jechać do Holandii na truskawki, bo nic nie potrafię i nigdzie indziej mnie nie wezmą.

I obym nigdy nie musiał : )

Dobra, dobra, koniec teraz świętoszkowania i fisiowania. Chciałbym jeszcze podzielić się z tobą trochę swoimi prywatnymi odczuciami na temat samych Filipin. Bo o to przecież chodzi w tym blogu – abym na podstawie własnych doświadczeń, których doznaję podczas swojej podróży, był w stanie poszerzyć i twoje horyzonty oraz rozbudził w twoje głowie chęć poznawania i doświadczania tego, czego doświadczam ja.

Tak więc bez ogródek stwierdzę na początku, że Filipiny mnie zawiodły. Już tłumaczę dlaczego.

Po miesiącu spędzonym na Bali wśród mega życzliwych ludzi, wiecznie uśmiechniętych i oferujących pomoc, czy innego banana, mniej więcej tego samego spodziewaliśmy się po Filipinach. Ja prawdę mówiąc myślałem, że będą wyglądały dokładnie tak samo jak ta część Indonezji, jaką znamy, czyli Bali.

A co się okazuje? Lądujemy na lotnisku w Manili, stolicy Filipin, a tam głośno, hałas brud, smród, ludzie jakoś szaro pokolorowani, jakby to była Polska w poniedziałek i wszyscy muszą iść do pracy. Niby się uśmiechają, ale właściwie nie. Jak cię dostrzegą, w sensie białego człowieka, to niby się cieszą, ale z drugiej strony robią to w taki sposób, jakby nie bardzo cieszyli się, że w ogóle jesteś w ich kraju.

Nieważne, stolice i duże miasta takie są. Na szczęście noclegi mamy jakieś 70km od stolicy, więc nie dajemy się zrazić.

Z trudem, ale udaje nam się znaleźć jakiś autobus, który zawiezie nas do tamtego właśnie miasta, którego nazwa to „LIPA”. Co złego może się stać?

Zanim jednak wsiedliśmy w ten autobus, musieliśmy pokrążyć po stolicy busikiem miejskim, musieliśmy dużo pytać, choć trochę ciężko tutaj z angielskim, a na koniec musiało nas spotkać ogromne szczęście, bo pewna przemiła pani, którą przypadkiem poznaliśmy w busiku, postanowiła „dostarczyć” nas do autobusu jadącego do Lipy. Kupiła nam więc bilety na metro, pojechała z nami do dużego terminalu autobusowego (żartuję, jakiś parking na piasku pod wiaduktem), gdzie upewniła się, że ten autobus to TEN autobus, po czym zrobiła sobie z nami zdjęcie, pomachała i po prostu odjechała.

To doświadczenie dało nam nadzieję, że Filipiny nie są takie złe : )

Okej, czaj, 25. stycznia lądujemy w Manili i docieramy do Lipy, w której właściwie nic nie ma, ale 28. stycznia mam urodziny, więc stwierdzamy, że zostaniemy tutaj do 30. stycznia, żeby mo urodziny jednak spędzić jeszcze w prywatnym pokoju, bez tłumu ludzi w wieloosobowych pokojach.

W Lipie jedyne miejsce, gdzie można zjeść coś bez mięsa, to mała budka z falafelem prowadzona przez Irańczyka, z którym szybko się zaprzyjaźniamy. Stwierdzamy, że skoro jest co jeść, to nie może być źle.

Wieczorem idziemy na obchód, drugiego dnia busikiem do centrum i… I koniec. Cała Lipa zwiedzona.

Ale jak to? Dopiero 26. stycznia, a my zostajemy tutaj do 30…

Lipa jest bardzo mała, nudna, brudna i nieciekawa. Dosłownie w sekundę podejmujemy decyzję 27. stycznia, że rano, tj. w moje urodziny, zawijamy mandżur i płyniemy na inną wyspę, byle z dala od głównej. Może tam będzie lepiej, gdzieś na plaży, gdzieś pod palmami.

Tak więc 28. stycznia pobudka o 7:00 rano, szybki bus do portu, z portu szybki promik na wyspę Mindoro i BENG!

Czujemy znowu wiatr we włosach i zapach możliwości dosięgający naszych nozdrzy niczym słona woda po zakrztuszeniu się przy pływaniu „żabką”.

Jest pięknie. Znajdujemy nasz hostelik 2km od portu, zostajemy tam dwie noce nie znajdując jedzenia bez mięsa, bo okazuje się, że Filipiny kochają mięso. Jest wszędzie. Nawet tam, gdzie go nie ma. Niestety więc przez 2 dni jemy suchy prowiant. Ale to nic, jesteśmy młodzi i piękni, nic nam nie przeszkodzi w zdobyciu świata.

Po dwóch nocach u naszej gospodyni Dolette, pakujemy się znowu i idziemy kolejne 3km do kolejnego hostelu, tym razem prowadzonego przez Australijczyków, w którym właśnie z samego rana zaczynamy nasz kurs nurkowania. Baaaaaania mała jacy zajarani byliśmy. Ja byłem : D

Resztę historii już znasz. Mamy dzisiaj 5. lutego, jutro mamy się niby wyprowadzać, ale ja chyba naprawdę zrobię ten kurs Advanced… Dlatego tym bardziej zachęcam do wysyłania sianka na pocztówki : D

Czas na Filipinach niedługo będzie nam się kończył. Wylot z kraju mamy na 19. lutego. Szybko zleci. Do tego czasu może uda nam się znaleźć jakiś wolontariat, który pomoże nam w oszczędzaniu trochę pieniążka.

A jeśli nie, to… Zawsze możemy ponurkować sobie w czasie wolnym. W końcu mamy certyfikat! : )

I to by było na tyle w tym odcinku.

Myślę nad rozpoczęciem serii filmów na YouTube, jak to robiłem wtedy, kiedy pierwszy raz byłem w Azji. Nie trzeba czytać tyle, a i mi szybciej by się tworzyło relacje z podróży.

Daj znać, co o tym myślisz!

Tutaj znajdziesz mój kanał na YouTube, w którym mam filmy z poprzedniej wyprawy do Azji – KLIK

A tymczasem zawijam spać. Rano musimy wybrać się kilka km do miasteczka, w którym znajdziemy pocztę, z której MOŻE będziemy mogli wysłać kartki.

Naprawdę ciężko czasami znaleźć znaczek. A jak znajdziemy znaczek, to nie ma kartki albo na odwrót i tak o…

Chciałbym wysyłać też magnesy na lodówkę, bo wiele osób prosi mnie o nie, ale magnesy to czasami czarna magia tutaj. Wiem, że w dużych miastach na pewno są, w końcu dla turystów to fajna sprawa, ale w takich miejscach raczej nie bywamy, więc nie chciałbym obiecywać, że wyślę magnes, dostanę pieniądze, a magnesu nie znajdę : (

Pamiętam, jak ostatnim razem dostałem pieniądze na kartki bodajże z Tajlandii, czy Wietnamu, a nie znalazłem żadnych kartek i z przykrością musiałem wysłać kartki z innego kraju : ( Nie chciałbym nikogo zawieść z tymi magnesami, bo często naprawdę o nie ciężko.

Kartki są łatwiej dostępne i też ładnie prezentują się na lodówce. Są ładne, kolorowe i wzbudzają ciepłe emocje, bo to prawdziwe zdjęcia prawdziwych miejsc : )

Także na kartki możecie liczyć! : )

Jaram się, że znajomi nas ciągle wspierają. Ciągle wysyłamy jakieś kartki. Mega wiele to dla nas znaczy, bo świadczy to o tym, że nasza podróż jednak jest dla kogoś interesująca, i że ktoś widzi w tym sens.

Jeśli jesteś jedną z takich osób, to i ty już za kilka tygodni możesz dostać od nas pocztówkę : )

Przeczytaj poniższe info, żeby dowiedzieć się jak tego dokonać : )

WARTO WIEDZIEĆ!


Jak zwykle zapraszamy na nasze Instagramy, bo soczyste focie będą szłyyyyyy (chociaż ostatnio więcej zdjęć na blogu tutaj, niż na Insta 😀 ):


Kinga
Ja


Akcja pt. „WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ” nadal trwa!


Co to oznacza?


A no to, że w zamian za twoje dobre serduszko możesz otrzymać pocztówkę od nas z miejsca, w którym aktualnie będziemy się znajdować. A że akurat jesteśmy na Bali, to… Co powiesz na pocztówkę z Bali? : )


Co muszę zrobić?


Wesprzeć nas dowolną kwotą na poczet naszej podróży.


Jak mogę to zrobić?


Wysłać pieniądze bezpośrednio na konto PayPal:


http://paypal.me/mgradowskitrip


Co, jeśli nie mam konta PayPal, a bardzo chciałbym dostać od was pocztówkę?


Spokojnie, pomyśleliśmy też o tobie : )


Specjalnie dla ciebie uruchomiliśmy konto bankowe, na które w łatwy i przejrzysty sposób okażesz nam swoje serduszko : )


Jeśli twoje serduszko jest w Polskich Złotych, zajrzyj tutaj:


Mateusz Gradowski
68 1870 1045 2078 1017 9996 0002
Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW


Jeśli jest natomiast w Euro, zdecydowanie powinieneś zajrzeć tutaj:


Mateusz Gradowski
95 1870 1045 2078 1017 9996 0001
Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW


PS. Nie zapomnij podać w tytule swojego imienia i nazwiska, abyśmy mogli odnaleźć cię i zapytać o adres do wysyłki : )

Pozdrowionka z Filipin, grubaski!

Czas na galerię : )

Nasza grupa : )