#48 Media społecznościowe

„…kiedy modlimy się we właściwy sposób, wcale nie prosimy Boga o to, by coś dla nas uczynił. To Bóg inspiruje nas, byśmy działali zamiast niego, byśmy zajęli jego miejsce na Ziemi. To my jesteśmy emisariuszami Boga na tej planecie. Prawdziwa modlitwa to wizualizacja, jakiej Bóg od nas oczekuje, to sposób spełniania się jego woli w fizycznym wymiarze. Tak jak w modlitwie: „Bądź wola Twoja, przyjdź królestwo Twoje, jako w niebie tak i na Ziemi.” W tym sensie każda nasza myśl, każda wizualizacja tego, co ma się wydarzyć w przyszłości, jest modlitwą i w pewien sposób tworzy, kreuje tę właśnie przyszłość. Na szczęście żadna myśl stworzona w strachu czy pożądaniu nie jest tak silna jak te myśli, które wyrażają boską wolę.”

Ziom, skończyłem właśnie czytać drugą z 4-częściowej serii książek Jamesa Redfielda i jestem oszołomiony ilością informacji i wiedzy, jakie ta seria niesie za sobą.

Powyższy cytat pochodzi właśnie z tej części.

Jeśli przeczytałeś kiedyś „Alchemika” i spodobał ci się, to gwarantuję ci, że pierwsza część serii, „Niebiańska Przepowiednia”, również przypadnie ci do gustu.

W skrócie:

Amerykanin udaje się do Peru, bo dopiero co odnaleziono tam starożytny, tytułowy manuskrypt. Ma on opowiadać o 9 wtajemniczeniach stanowiących właściwie etapy duchowego rozwoju człowieka, tu i teraz. Czytając książkę, której narratorem jest nasz bohater, przeżywamy razem z nim jego duchową przemianę oraz proces, w którym jego świadomość nabiera jakiegokolwiek sensu.

Już zanim wyjechałem do Izraela w listopadzie 2017 roku zacząłem interesować się takimi „bzdetami”. Wyjazd z plecakiem na bliżej nieokreślony czas tylko to zainteresowanie pogłębił, co było widać w kolejnych postach, które pisałem tu na blogu, kiedy byłem już na wyjeździe.

Chciałbym wrócić na moment do jednego z nich:

Pożegnanie z Egiptem – wpis z 2. stycznia, 2018 roku.

Napisałem go po tym, jak opuściłem Egipt i wyleciałem do Malezji. Tak mi się skojarzyło, bo w ostatnim rozdziale książki, którą dzisiaj przeczytałem („Dziesiąte Wtajemniczenie”) poruszana jest kwestia religii (i ogólnie rozwoju społeczeństwa na wielu innych płaszczyznach).

Beka, jak wiele człowiek się dowiaduje o życiu podczas coraz to kolejnych rozmów z obcymi ludźmi, którzy pochodzą z różnych krajów i kultur, którzy wyznają inne religie, oraz których sposoby życia tak daleko odbiegają od naszych.

Te właśnie doświadczenia wpłynęły na mnie głęboko podczas mojego ostatniego wyjazdu z plecakiem. Kiedy byłem sam, więc pragnąłem wręcz relacji z innymi ludźmi.

Tym razem jednak, pomimo tego, iż obcych ludzi spotykamy z Kinią nadal, to nie mogę pozbyć się uczucia, że cała ta wiedza, która nam umyka, i której jeszcze nie znamy, została już gdzieś faktycznie spisana, dlatego tak ważne jest czytanie książek. Ale tych dobrych, wartościowych.

Kiedyś czytałem jakieś sajens-fikszyn i nie zrozum mnie źle – ta literatura może pomóc rozwinąć się twojej wyobraźni. Przy odpowiednim tle fabularnym zapewne byłaby też w stanie zwrócić twoją uwagę na pewne cechy charakteru, które mogłyby pomóc ci rozwinąć umiejętności interpersonalne, czy inne potrzebne w relacjach międzyludzkich.

Potem przerzuciłem się na biografie znanych ludzi. Szybko zauważyłem, że prawdziwe historie można powielić, bo mamy już jakiś wzorzec, więc to z nich możemy się najwięcej nauczyć.

I tak np. taki Walt Disney nie byłby tym, jakim go dzisiaj znamy, gdyby nie jego upór w dążeniu do celu, samozaparcie i determinacja.

Zapewne tego samego możemy nauczyć się z biografii Arnolda Schwarzeneggera, która podobno jest mocarna, ale tej jeszcze nie ogarnąłem.

Przeczytałem jeszcze kilka biografii, po czym (a może przed tym?) zacząłem też coraz głębiej odpalać się w stronę tych wszystkich mówców motywacyjnych, na których jeszcze kilka lat temu był ogromny boom. Teraz widzę, że spadło, więc może po prostu dałem się wciągnąć w to, co akurat było trendy, ale opcja z tym jest taka, że pociągnęło to za sobą falę zainteresowania wśród społeczeństwa, które samo zapragnęło rozwinąć się na różnych szczeblach własnego życia.

Z perspektywy czasu uważam, że ludzie tacy są potrzebni. Mam na myśli tych mówców motywacyjnych.

Dlaczego?

A no z tego samego względu, dlaczego potrzebni też są trenerzy personalni na siłowni.

Bo wiesz, czasami chcemy, ale brakuje nam motywacji. I wtedy stoi nad tobą taki dzik i krzyczy ci prosto w głowę: „JEDZIESZ Z TYM! JESZCZE JEDNO POWTÓRZENIE! DAWAJ! JEDZIESZ MORDO!”

I teraz analogicznie, stoimy w życiu przed trudnymi decyzjami, chcemy coś zrobić, ale brakuje nam bodźca, aby zrobić pierwszy krok, albo odwagi, albo determinacji, albo chęci, albo motywacji i wtedy stoi obok ciebie taki głos, który mówi ci: „Przed tobą już wielu to zrobiło. To nic trudnego. Nie masz nic do stracenia. Po prostu wstań, wyprostuj się, podejmij jasną decyzję, a jak się jutro obudzisz, to weź łyk ciepłej wody z cytryną i zrób pierwszy krok w kierunku postawionego sobie celu. Jeśli przez kolejny miesiąc codziennie będziesz stawiał mały kroczek, to po miesiącu będziesz miał już takich kroczków 30. Jeśli ty tego nie zrobisz, zrobi to ktoś inny, a tak na pewno się stanie, a ty po miesiącu będziesz tkwił w tym samym miejscu. I wiesz co? Po dwóch miesiącach też nic się nie zmieni. Aż w końcu przyjdę tutaj za rok, a ty uświadomisz sobie, że przez cały rok nic nie zrobiłeś.”

Na początku uważałem to za głupie, ale wynikało to tylko z tego, że to ja byłem głupi. Może nie tyle co głupi, ile nieświadomy tego, że żyję. Bo niestety mamy tendencję do odsuwania od siebie myśli o własnej śmierci. Nie zastanawiamy się nad tym, co robimy myśląc, że nasz czas nigdy nie nadejdzie.

Otóż nadejdzie.

Mamy tylko jedno życie.

Znaleźliśmy się tutaj na pewno nie z przypadku. A już na pewno nie po to, żeby całe (albo nawet połowę) życie przespać w niewiedzy, szukając dnia wczorajszego, czy telefonu zgubionego gdzieś na powrocie o 5:00 rano.

I nie zrozum mnie źle, ja też tam byłem. Może nie gubiłem telefonów, ale klucze i owszem. Dążę jednak do tego, że kiedyś trzeba się jednak z tego obudzić. Nie można tak w nieskończoność.

No bo co?

No bo jak?

Wiesz czym się jaram? Że będąc w podróży takiej, jak moja, spotykam ludzi z podobnym punktem widzenia.

Ej, czaj w ogóle! Miałem pisać coś innego, ale weszła mi rokzmina do głowy!

Wczoraj, tj. w sobotę, 8. lutego, schodziłem sobie na dół do sklepu po wodę i jak zwykle przechodziłem obok małej budki naszych gospodarzy, w której serwują śniadania, a nam gotują codziennie wodę na herbatę. I nagle (ale to nagle!) miałem krótki przebłysk w głowie – ten ziomek ma sobie tutaj spokojne życie na wyspie na Filipinach. Nie obchodzą go jakieś Instagramy, czy inne Facebooki i Tweetery. Oczywiście nie zna (w sensie zna, ale nie ma, nie korzysta, nie potrzebuje) większości nowinek technologicznych 21. wieku, czy nazwijmy to „dóbr”, typu iPhony, drony, drogie auta, 100-calowe telewizory, nie ma też basenu przy chacie (a szkoda!), czy nie zna wakacji All-inclusive na Złotych Piaskach. Nie korzystał też zapewne z większości usług, z których korzysta się z reguły będąc na wakacjach, typu jakieś masaże, solne kąpiele, jetskiing i inne duperele.

I wyczaj, że dosłownie w sekundzie zwizualizowałem sobie to wszystko, czego ten ziomek nie miał, a jednocześnie dotarło do mnie ile ten ziomek miał.

A miał ten spokój, o który tak zawzięcie wszyscy walczymy.

I wiem, że wiesz o co mi chodzi, bo nawet wśród swoich znajomych widzę, że każdy to dostrzega. Jesteśmy świadomi tej gonitwy. Dociera do nas, że coś się dzieje. Albo że coś mogłoby się dziać, gdyby nie ten pęd, ten wir, który wciąga każdego po kolei.

I wierz mi lub nie, ale w tej samej sekundzie, kiedy to wszystko przewinęło mi się przed oczami, zadałem sobie pytanie: „Po co mi ten cały Instagram i Facebook?”

I tutaj na chwilę znowu wróciłem myślami do naszych znajomych z Kazakstanu, których poznaliśmy miesiąc temu na Bali. Ivan i Lana nie mieli ani Instagramu, ani Facebooka. Serio!

I jest to o tyle piękne, że możesz pójść wcześniej spać, rano nie zaczynasz dnia od wyczajenia co twoi znajomi jedli wczoraj na kolację, ani co słychać u 8-miesięcznego dziecka twojego sąsiada, tylko możesz po prostu wyjrzeć przez okno i zobaczyć jaka jest pogoda. Nie trzeba czekać, aż ktoś wrzuci zdjęcie zza okna i powie ci, że dzisiaj „NAJE*AŁO” śniegu po kolana.

Jaram się mega!

Potem wyobraziłem sobie siebie usuwającego konta na tych portalach społecznościowych. Ale przypomniałem sobie, co na ten temat powiedzieli Ivan i Lana:

„Wiesz, no póki podróżowaliśmy i mieliśmy Instagram i Facebook, to wszystko było ok z relacjami z naszymi znajomymi. Niestety po ich usunięciu, wszyscy przestali się odzywać”.

I to było takie smutne, bo jest wiele dróg komunikacji w 21. wieku, jak chociażby email, czy WhatsApp (który wiem, że w Polsce nie jest tak powszechny), ale jestem w stanie uwierzyć im na słowo.

Druga sprawa, o której pomyślałem – mój blog.

Opłacam go co roku. W styczniu płacę z góry za całe 12 miesięcy. Jak się pewnie domyślasz, nie jest to jakiś super popularny blog. Czytają go raczej moi znajomi, czyli m.in. ty, za co bardzo ci dziękuję : )

Niestety, w statystykach widzę, że tylko kilku „zasubskrybowało” mój blog. Czyli jeśli publikuję nowy wpis, to tylko kilka osób dostaje o tym mejla. Cała reszta czeka, aż wkleję link na Facebooku. I to nic złego, sam bym tak pewnie robił, ale zmierzam do tego, że gdybym usunął konto na FB, to tylko garstka wiedziałaby, że opublikowałem nowy wpis. Czasami komuś przypomniałoby się, żeby sprawdzić, czy jest coś nowego, ale nic poza tym.

A chciałbym jednak, żeby moi znajomi wiedzieli co u mnie. Fakt zarabiania na blogu odsunąłem już dawno. Za mało się angażuję w niego, żeby przynosił zyski.

Ale kumasz o co chodzi. Na Instagramie zdjęcia wrzucam ostatnio rzadko, nie tak, jak kiedyś, codziennie, jak dzikus (to przez to uświadamianie sobie, że życie jest poza ekranem), na fejsa wcale. Ten blog tak naprawdę jest jedyną formą, której używam, do dzielenia się tym, co dzieje się u nas w podróży. Chciałbym więc, żeby miało to jakiś wydźwięk, a już na pewno, żeby ktokolwiek to czytał. Inaczej po co miałbym płacić za niego co roku? : )

Trzecia sprawa – na drodze poznajemy mnóstwo ludzi, których dodajemy na fejsie i w pewnym momencie chcielibyśmy się z nimi skontaktować znowu. Gdyby tak był sposób na usunięcie fejsa, ale zostawienie messengera…

Ale wiesz… Ja widzę w tym coś większego. Mam na myśli usuwanie tych kont na portalach. Widzę w tym zwiększenie naszego potencjału naturalnego. Bo nawet jeśli taki mamy, to często zanika on przez czas zostawiony na tych właśnie mediach społecznościowych. Gdybyśmy tę godzinę dziennie, którą poświęcamy na śledzenie znanych osób, poświęcali na rozwój własnego talentu, to mielibyśmy aleję gwiazd w każdym mieście.

I jest to piękne, a zarazem straszne.

Piękne, bo nasz sukces jest tak blisko. Tak łatwo możemy go osiągnąć. Wystarczy poświęcić trochę czasu SAMEMU SOBIE.

A straszne, bo tak łatwo złamać nasz zapał. Tak łatwo ulegamy i tak łatwo zapominamy o naszych dobrych intencjach.

I nawet teraz będąc z Kinią w podróży łapię się na tym, że jesteśmy w pięknym miejscu, a ja pyk, do plecaka sięgam Canona i GoPro, żeby złapać jak najlepsze ujęcie. I bez sensu, bo zamiast jarać się chwilą, to szukam najlepszego ujęcia na zdjęcie. I gdyby tego było mało, to kiedy już znajdę odpowiedni kadr, to nie tylko robię milion zdjęć Canonem, ale potem tyle samo robię zdjęć z GoPro, które wyglądają identycznie, ale wiadomo, że GoPro daje całkiem inny efekt zdjęcia (rybie oko, wiadomo).

Także widzę jak gubi mnie technologia i media społecznościowe. Motam się zapominając o tym, że przecież po to wylecieliśmy do Azji – żeby uciec od tych zbędnych wygód na rzecz realnego doświadczenia.

I denerwuje mnie to coraz bardziej. Podjąłem decyzję o sprzedaniu Canona. Zostawię tylko GoPro. Powinno styknąć do cykania pamiątkowych zdjęć i pozwolić mi nie zgubić się w 21. wieku.

I wiesz ziom, chciałbym, aby spłynęła na ciebie mądrość, jaka dzisiaj spłynęła na mnie po przeczytaniu tej książki. Chciałbym gorąco polecić ci przeczytanie pierwszej części, a jeśli ci się spodoba, to kontynuowanie przygody z pozostałymi częściami.

Dlatego komunikuję oficjalnie, że jutro usuwam te fejsbuki i instagramy, bez kitu. Niech tylko post z tym wpisem posiedzi jeden dzień na ścianie, żeby znajomki mogli zobaczyć i odcinam się. Niestety zdaję sobie sprawę, że przez to ucierpi akcja „WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ”, bo nie będziesz widział na fejsie co tydzień mojego postu przypominającego o tym. Pewnie część znajomych zapomni o mnie w ogóle, aż do momentu, w którym wrócę z powrotem do Polski. Ale z czasem, jak doświadczam piękna i dobra tego świata, mam coraz większe pragnienie uwolnienia się od tego, co mnie ogranicza. A portale społecznościowe bez wątpienia zabijają człowieka i dziecko w nas. We mnie. Nawet jak sam nie udzielam się zbytnio, to korci, żeby odpalić i zobaczyć te wszystkie kolorowe zdjęcia, przez co nie tylko ucieka mi realny czas, ale i nabywam błędnych wyobrażeń rzeczywistości, a niektórzy i trąca własną wartość, bo „jak ona to robi, że ma takie ciało?”, albo „jakie to niesprawiedliwe, że oni mają tak dużo pieniędzy i mogą sobie na wszystko pozwolić, a ja akurat jadę do pracy w tramwaju, bo jest poniedziałek 6:00 rano”.

(Podobno można założyć sam messenger bez fejsbuczka. Jeśli można, to ja chętnie).

PS. Nie zapomnij więc zapisać się do listy mejlowej na blogu, żebyś dostawał powiadomienie o nowym wpisie :p

PS2. Zawsze też można odezwać się na WhatsApp: +48504783117

Albo na mejlu: gradziowy@gmail.com, którego sprawdzam codziennie : )

Wierzę!

Wiem, że w trakcie czytania takich tekstów nasila się w nas ekscytacja i motywacja, ale zaraz po przeczytaniu wszystko to opada i dopada nas leń, dlatego pozwoliłem sobie wrzucić wam link do wszystkich czterech części serii, które wierzę, że wpłyną na twoje postrzeganie świata w taki sposób, w jaki wpłynęły na postrzeganie go przeze mnie.

KLIK

Niestety, link wygaśnie za kilka dni, musicie się więc spieszyć. Ale zapewniam – warto : )

Łoł, ale się rozpisałem. I w ogóle wypadł temat, którego nie planowałem dzisiaj poruszać. Ale jest taka bania, że sam widzisz, że w trakcie pisania wskakuje coś innego, czym chciałbym się z tobą podzielić.

Niesamowite w ogóle, jak ta pierwsza część, „Niebiańska Przepowiednia”, odzwierciedla nasze codzienne życie. Naszą codzienną wędrówkę w poszukiwaniu siebie. Dlatego tym bardziej warto zajrzeć do książki : )

Dobra, będę się już zamykał. Powiem tylko, że nadal czillujemy sobie na Filipinach. Nic szczególnego się aktualnie nie dzieje. Mamy ten piękny hostel na wzgórzu z widokiem na zatokę. Obok palmy i drzewa bananowe. Wylot do kolejnego kraju już 18. lutego, więc przygoda czyha tuż za rogiem.

Żyjemy na razie chwilą. Nie zbieramy siana na czynsz, ani opłaty. Martwimy się tylko o to, co zjeść. Na razie też nie jeździmy autostopem, bo jakoś tu ciężko, same motory i w ogóle. Dlatego nie mogę doczekać się, aż opuścimy wyspy i dotrzemy na stały ląd, gdzie autostop będzie naszym jedynym środkiem transportu i wtedy dopiero zacznie się zabawa. Tam, gdzie zawiozą nas ludzie, tam wylądujemy.

I to jest takie piękne, że ktoś musi napisać książkę pod tytułem „Fernando w Azji”, albo „Hose z plecakiem”, albo „Przygody Alfonzo”.

Bez kitu.

Na koniec, grubaski, chciałbym zachęcić was jak zwykle do wzięcia udziału w akcji „WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ”.

Już chyba każdy wie, jak to działa : )

Na wszelki wypadek pod spodem wklejam info, a na samym dole, jak zwykle, kilka zdjątek od nas : )

Tak więc jeśli ktoś chce wesprzeć nas w podróży i dostać pocztówkę, to można albo za pomocą PayPala:


http://paypal.me/mgradowskitrip


Albo za pomocą konta w Złotych Polskich:


Mateusz Gradowski
68 1870 1045 2078 1017 9996 0002
Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW


Albo za pomocą konta w Euro:


Mateusz Gradowski
95 1870 1045 2078 1017 9996 0001
Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW


PS. Nie zapomnij podać w tytule swojego imienia i nazwiska, abyśmy mogli odnaleźć cię i zapytać o adres do wysyłki : )

Od jakiegoś czasu to tutaj właśnie jemy śniadanka, z widokiem na piękną zatokę 🙂
I oczywiście nasze kolejne miliony. Wymiana walut w Azji jest niesamowita 😀

Do zobaczonka, grubaski!

Dodaj komentarz