#49 Pożegnanie z Filipinami

18.02, wtorek, 15:00

Siedzimy na lotnisku w Manili, stolicy Filipin. Czekamy, aż otworzą bramkę, a my wsiądziemy w samolot i w końcu się zdrzemniemy.

Siedzimy tu już trochę długo, godziny się ciągną, a my nie wiemy, czy bardziej chce nam się spać, czy wyczekiwać tego, co nas spotka po czterech godzinach lotu.

To niesamowite. Znowu zmieniamy kraj. Znowu czeka na nas coś nowego. I to tuż za rogiem. Już za chwilę znowu będziemy nasłuchiwać nowego języka, operować będziemy nową walutą, w przydrożnych knajpkach smakować będziemy nowe jedzenie, nauczymy się mówić „dzień dobry” w kolejnym języku, zachwycać się będziemy nową architekturą i oceniać będziemy zachowania ludzi – czy są tak samo mili, jak w poprzednim kraju, czy trochę mniej? A może jednak bardziej?

Nie wiem, jak wy, ale ja się jaram strasznie zmianami. Lubię nowe doświadczenia i być w nowych miejscach. Jedyne pole, w jakim nie lubię zmian, to kuchnia.

Serio. Jestem jedną z nielicznych osób, które nie podróżują dla kuchni, aby posmakować nowego jedzenia. Ciągle to podkreślam.

Wiesz, jeśli jest okazja, to spoko, czemu nie, ale raczej jeśli mam wybór, to wolę jednak ten talerz ryżu z warzywami (kiedyś z kurczakiem).

Po prostu… Chcę mieć pewność, że się najem. Że nie zmarnuję pieniędzy, że będzie mi smakowało. Biorę więc to, co znane, bo wiem, że na tym się nie zawiodę.

I dziwne to, bo mam tak tylko z jedzeniem, o czym moi znajomi dobrze wiedzą.

Tak więc postawmy sprawę jasno – lubię próbować nowych rzeczy, ale jedzenie ma być raczej to samo. Ważne, aby było dużo. W tej kwestii też się nic nie zmieniło 😀

Jeśli czyta teraz to ktoś z moich wieloletnich znajomych, to pewnie się uśmiecha, bo jak byłem młodszy i ktoś zapraszał do siebie na domówkę, to często dostawałem wiadomość typu: „Siemanko gradzio! Robię dzisiaj domówkę. Wpadaj, ale najedz się najpierw”.

I bez kitu, pamiętam te wiadomości, tego rodzaju zaproszenia hahaha

Także no… Nadal jem dużo, nadal jestem szczupły, metabolizm dalej na wysokim poziomie i nadal tkanka tłuszczowa przegrywa, choć już nawet nie ćwiczę regularnie, a podczas tripa naprawdę niewiele. Ale można? Można 🙂

Także wracając do tematu…

Pomimo tego, że przy zmianie każdego kraju czuję dreszczyk emocji i mały stresik, to bardziej się ekscytuję tym, co tam zastanę i co będzie na mnie czekało.

Jakie to piękne.

No ale! Filipiny!

Jakie mamy odczucia wobec tego kraju?

Zanim tu dolecieliśmy z Bali byliśmy mega zajarani, po wylądowaniu zawiedzeni, następnie tutejsi mieszkańcy pomogli podnieść wartość tego kraju w naszym odczuciu, potem podniecenie znowu spadło, aż w końcu jednak chyba podniosło się na dobre.

Myślę, że sporo zależy od posiadanych funduszy, a jeszcze więcej od poziomu twojej otwartości na nowych ludzi, nową kulturę i ogólnie na to, co może cię spotkać.

I dlatego z lekkim żalem muszę stwierdzić, że spośród kilku tysięcy wysp na Filipinach odwiedziliśmy tylko… Dwie 🙁

Jedną główną – Manila, na której jest stolica państwa o tej samej nazwie oraz drugą – Mindoro, która jest oddalona o niecałe 2 godziny promem, i na której zrobiliśmy nasze kursy nurkowania.

Podróżowanie po takich krajach jest o tyle trudne, że aby odwiedzić więcej miejsc, trzeba za każdym razem płacić za prom.

I tak w naszym przypadku za te niecałe 2 godziny zapłaciliśmy po 300 Peso, łącznie 600, a jakby tego było mało, po dotarciu na wyspę ziomki liczą sobie opłatę (administracyjną?), w wysokości po 50 od głowy, czyli łącznie 100.

Razem? 700 Peso, czyli jakieś 55 zł powiedzmy.

Tak, niewiele. Co to jest, kiedy jesteś na wakacjach kilkutygodniowych, masz już kupiony bilet powrotny do domu i wszystko możesz wydać przez tych kilka tygodni.

Ale teraz pomnóż te 55 zł przez ilość odwiedzonych wysp i BUM! Nagle tworzą się setki złotych, na których bezmyślne wydanie na zwiedzenie wszystkich wysp w kraju po kolei nie możemy sobie pozwolić.

Odwiedzenie na szczęście jednej tylko wyspy pomogło nam przybliżyć się nieco do kultury Filipin.

Jest to kraj chrześcijański, który kolonizowany był przez Hiszpanię. I wierz mi lub nie, ale choć w Hiszpanii nigdy nie byłem („…to znam kogoś, kto był i powiedział mi to i owo…”), to czuć tutaj latynoską atmosferę, serio!

Nie wiem jak to wyjaśnić nawet. Przede wszystkim język chyba. Niektóre słówka pochodzą z hiszpańskiego. To akurat wiem, bo coś tam języka liznąłem. Beka, bez kitu.

Nawet ich uroda, gdyby tak się przyjrzeć, zawiera elementy urody latynoskiej, normalnie!

No i te wszechobecne ozdoby rodem z jakiejś brazylijskiej telenoweli, domki jak jakieś haciendy czasami wyglądają, serio, i ogólnie przystrojenia budynków. Serio, nie wiem jak to dokładniej ująć, ale widać naleciałości hiszpańskie. Niesamowite!

Widać też, że naród jest chyba głębiej chrześcijański, niż my, Polacy. Emblematy i wizerunki świętych postaci widoczne są wszędzie i często. W każdym chyba aucie i busiku zawieszony jest wisiorek Maryi.

Także unosi się ciepła atmosfera na zewnątrz, ale jednocześnie jest w zachowaniu Filipińczyków coś dziwnego. Niby są mili jak Balijczycy, ale patrzą tak jakoś mniej ciepło. Niby wszystko gra, ale czuć w ich wzroku mniej wewnętrznego ciepła. Są jacyś mniej zadowoleni z życia. Chyba jednak mają więcej stresów, niż mieszkańcy Bali. No i choć obcy ludzie tutaj też nam pomagali bezinteresownie, to jednak nie czułem się tutaj w 100% pewnie, czy bezpiecznie.

No i znowu – odwiedziliśmy tylko dwie wyspy, z czego jedna to ta główna, najbardziej zatłoczona, najbardziej głośna, ruchliwa i huczna. Tutaj życie Filipin czuć najmniej. Jak wszędzie zresztą. Bo jeśli chcesz poznać kulturę Polaków, to nie jedziesz do Warszawy. Tak przynajmniej sądzę. No bo ile teraz Warszawy w Warszawie?

Niemniej jednak na drugiej wyspie udało nam się już liznąć trochę wnętrza kraju i wszystkie moje obserwacje dotyczą chyba jednak tego okresu.

Na Filipinach jest wyspa, która nazywa się Palawan. Jest ona chyba najbardziej turystyczna i większość zdjęć, jakie widzisz na Instagramie, pochodzą właśnie z tej wyspy.

Jasne, że żałujemy, że tam nie byliśmy, ale z drugiej strony – rajskie plaże można spotkać też w innych miejscach. Nie trzeba pchać się do najbardziej zatłoczonych.

I chociaż daliśmy się wciągnąć w taką pułapkę lecąc prosto na Bali, a nie na inną wyspę Indonezji, to jednak dumny jestem z nas, że udało nam się odkryć to wewnętrzne piękno wyspy, a nie tylko „Ubud Monkey Forest, Pura Tirta Holy Water Spring, Tegalalang Rice Terrace i Lampuyang”. To takie top 4 na Bali 😀

No ale moje opinie na temat obu tych krajów mogą być grubo subiektywne, z czym się liczę, więc tak też je traktujcie : )

No ale wracając do Filipin… Poznaliśmy tutaj kilka wspaniałych osób, które ewidentnie zaakceptowali prąd życia, pogodzili się z nim i starają się tak przez nie przejść, aby niczego sobie nie utrudniać, będąc przy tym mega życzliwym i uśmiechniętym. Niesamowita zdolność.

Poznaliśmy jednak też takie osoby, które szeroko odbiegały od tego wizerunku. Na obronę Filipińczyków dodam, że byli to głównie ludzie spoza Azji w ogóle. Więc Wschód górą, beng.

Filipiny głównie będziemy pamiętać chyba z karaoke. Uwielbiają śpiewać, serio. Śpiewają ciągle i wszędzie. Nie zdziwiłbym się, gdyby w każdym domu był sprzęt do karaoke.

Czaicie akcję.

Któregoś wieczora idziemy sobie uliczką, w której było najgłośniej od karaoke właśnie. Szukaliśmy sklepu. Kiedy przechodziliśmy obok, ludzie normalnie aż wstali z krzesełek na podwórku, żeby nas zaprosić na imprezę. No i tak wyszło jakoś, że znaleźliśmy się w centrum urodzin, gdzie było i jedzenie i picie i oczywiście wspomniane wyżej karaoke. I to nie jest tak, że ktoś się ośmieli, zaśpiewa, potem pół godziny ktoś zbiera się w sobie, żeby zaśpiewać znowu. Piosenki lecą jedna po drugiej, jak w radio i po kolei ludzie śpiewają. Tam nie mają YouTuba na imprezie, ani radia żadnego. Tam odpalają sprzęt do karaoke i to jest ich muzyka na cały wieczór 😀

No i oczywiście my też musieliśmy pośpiewać. Ale wyobraź sobie, że każdy Filipińczyk chyba potrafi śpiewać. Nikt nie fałszuje. Każdy ma ładny głos i ładnie przedłuża dźwięki. Aż nagle dwoje Polaczków zabrało się za mikrofon i bum. Musieli nam pomagać haha

Śmiesznie było. Lubią śpiewać i tańczyć. O na pewno. Tak więc daję za to plusika, bo nie zamulają 🙂

Z innej beczki. Wysiadamy na lotnisku, idziemy gdzieś, gdziekolwiek, żeby znaleźć jakieś informacje odnośnie tego, jak dostać się na wyspę, kilka osób się wita, inne patrzą z żywym zainteresowaniem, jakby biały człowiek pierwszy raz przyleciał do ich kraju, aż nagle podbija chłopiec może z 6 lat i wyciąga do ciebie rękę. Myślisz sobie „piątkę mam mu zbić?” Dzieciaki czasami tak robią w Azji. Ale nie, tutaj ten 6-latek z wystawioną ręką mówi do ciebie „money, money”.

I serio, teraz pewnie brzmi śmiesznie, jak to czytasz, ale zirytował mnie strasznie. Nawet nie powiedział głupiego „hi”, tylko „money, money”. I nie, nie był to żebrak z rodzicami, którzy siedzą pod kocem na ławce z małym koszyczkiem. Normalnie chłopiec biega z kolegami, nagle przerywa, podbiega i „money, money”.

Bez kitu, zirytował mnie. Nie wiem sam czym bardziej. Czy samym faktem, czy sposobem, czy perfidnością tego. Normalnie miałem ochotę coś powiedzieć, ale pewnie i tak by nie zrozumiał.

I dzisiaj to samo. Próbujemy dostać się na lotnisko, siedzimy w słońcu na ulicy, a chłopiec podbija i z ręką wystawioną „money, money”. Wystawiłem do niego rękę w taki sam sposób i też mówię już trochę zirytowany „money, money”. Po czym dzieciak udaje, że daje mi monetę, wybucha śmiechem i odchodzi.

Wkurzył mnie. Nie był żebrakiem. To, tak jakbym miał podbijać do każdego Angola, którego zobaczę u siebie na ulicy, bo mają funty.

Nieważne.

Jak zwykle w kraju Azji południowo-wschodniej zirytował mnie fakt NIEdbania o środowisko. Płynie sobie rzeka w centrum stolicy cała zaśmiecona. Śmieci walają się, na ulicach śmierdzi, ludzie wszystko gotują na zewnątrz, co dodaje tylko mocy zapachom uderzającym w twoje nozdrza, a ruiny domków, czy innych kiosków jak stały, tak stoją, skutecznie maskując piękno kraju tropikalnego.

I jak tak można? Ja wiem, że u nas na wsiach też często przymyka się na to oko, ale myślę, że faktycznie jesteśmy bardziej świadomi konsekwencji życia w społeczeństwie. Bo nawet jesli kultury Wschodu są bardziej uduchowione i żyją bliżej natury, to jakimś cudem nie żyją z nią w całkowitej zgodzie. Syf robią, a potem wyławiają te ryby z zaśmieconej wody, po czym nasz lot na Tajwan zostaje odwołany, bo Coronavirus.

Tak właśnie, mieliśmy lecieć dzisiaj do Tajwanu. Chyba mogę już głośno powiedzieć, skoro i tak się nie uda… Niestety lot nasz został odwołany, a my musieliśmy na szybko szukać alternatywy, bo wiadomo – wiza się kończy. Może kiedyś jeszcze się uda.

Niemniej jednak chodzimy w maskach na twarzy, zwłaszcza w zatłoczonych miejscach. Coraz bardziej mnie ten wirus stresuje, serio. Już nie chodzi o to, że jest już wszędzie (oprócz chyba Afryki), ale że rozprzestrzenia się tak szybko i nigdzie nie jesteś na pewno bezpieczny. Chyba pociśniemy na jakąś małą wyspę i zostaniemy tam rok, czy dwa, aż sprawa ucichnie 😀

No ale co z tymi Filipinami?!

Nie wiem sam. Chyba fajnie, że już wylatujemy. Po kursie nurkowania strasznie źle się czułem. Trzymało mnie chyba z tydzień, a żaden egzorcysta nie odbierał telefonów. Myślałem, że umieram. I wtedy na serio bałem się, że złapałem jakieś świństwo.

Na szczęście tutejsza medycyna złożona z herbaty ze specjalnym specyfikiem zwanym „Kalamansi” postawił marynarza Gradowskiego na równe nogi, po czym mógł w Walentynki zanurkować z Kinią jeszcze raz, żeby móc odwiedzić zatopiony statek. Niesamowite doświadczenie!

Fajnie mieć ten kurs nurkowania 😀 W mojej książce nurkowań jest już 5 zarejestrowanych 😀 Może kiedyś jakieś wakacje w pięknym resorcie z zarobkiem uda się ogarnąć 😀

No i naaadal nie napisałem co z tymi Filipinami. Wiem, że wszystko jakoś chaotycznie tutaj tworzę, ale to dlatego, że siedzimy na lotnisku, jest głośno i rozpraszają mnie płacze dzieci.

Gdybym miał wybierać wakacje w Indonezji, a wakacje na Filipinach, wybrałbym Indonezję, chociaż znam tam tylko jedną wyspę. Gdybym miał dużo siana, to może jednak skusiłbym się na Filipiny, bo miejsca do nurkowania są tutaj podobno mega urokliwe. Nie ma złotej reguły. Uważam jednak otwarcie, że to Indonezyjczycy są bardziej ciepłym narodem.

I wiesz co? Pozwoliłem sobie po krótce wyliczyć koszty wyjazdu na Bali.

Jeśli kupisz bilet w miarę wcześnie, to złapiesz go za 500 euro w jedną stronę, czyli licz 1000 euro w obie strony (za jedną osobę).

Przez cały miesiąc we dwoje wydaliśmy 1000 euro łącznie na jedzenie, pokój ze śniadaniem (25 nocy) oraz wynajem skutera na miesiąc. Meeega malutko, co?

Zjechaliśmy skuterem całą wyspę, jedliśmy chyba normalnej, nie oszczędzaliśmy na tym, choć wiadomo, że szukaliśmy najtańszych miejsc, no i co najważniejsze, nie korzystaliśmy z wielu atrakcji, nie płaciliśmy milionów monet za różnego rodzaju wstępy, czy inne zabawy. A jednak mamy barwne wspomnienia, masę zdjęć i filmów i przeżycia, których nie zapomnimy do końca życia.

A właśnie co do zdjęć…

Jeszcze na Bali łapałem się na tym, że ciągle aparat i kamera w ręku. Serio. Mamy mnóstwo zdjęć z Bali i filmów GoPro. Dosłownie co chwila było siekanie klatek.

Tam poznaliśmy tych ludzi z Kazakstanu, którzy nie mieli ani Instagramu, ani Facebooka i świetnie dawali sobie radę podróżując i w pełni doświadczając dnia codziennego. To oni zainspirowali mnie, aby ostatecznie odciąć się najpierw od cykania miliona fotek, aż w końcu od korzystania z mediów społecznościowych. I jest to takie piękne, bo od kiedy nie cykam tych zdjęć jak głupi, mam czas, żeby zastanowić się jak wpływa na mnie to, czego doświadczam, a od kiedy usunąłem konta na Instagramie i Facebooku, mam czas na własny rozwój, bez kitu! Czytam jeszcze więcej, a raczej częściej, a jak odpalam telefon, to robię tylko to, co potrzebne – czyli sprawdzam mejla, szukam wolontariatów w różnych krajach, nawet pracy już zacząłem szukać, no i czytam lub oglądam jakieś ciekawe materiały, na które normalnie nie miałbym czasu.

Mega mega się cieszę, że udało mi się odciąć. Co prawda to dopiero kilka dni, ale już czuję różnicę, serio. Nie siedzę w telefonie bez sensu, nie daję sobą manipulować przez kolorowe fotki celebrytów, nie zaśmiecam sobie głowy niepotrzebnymi informacjami…

Mam czas. Po prostu mam czas do pracy nad sobą. Do zastanowienia się co dalej, „jak żyć”, dokąd zaprowadzą mnie coraz to kolejne decyzje i ich konsekwencje oraz trudy dnia codziennego.

Piękna perspektywa. A wystarczyło tak niewiele 🙂

I wiesz, nadal nie do końca wiem co sądzić o Filipinach (tak zmieniając temat), ale przynajmniej mam już tego obraz, który zapewne dopiero po jakimś czasie nabierze kontrastu. Jak wiele rzeczy zresztą 🙂

Kończy mi się wena, bo jest tutaj po prostu za głośno, a ja już myślę o tym, że niedługo zobaczę tę wielką świątynię z filmu „Mortal Kombat”, którą miałem okazję zobaczyć już dwa razy, ale z jakiegoś powodu ciągle mi to umykało.

Jeśli wiesz gdzie ta świątynia się znajduje, to daj znać w komentarzu, ale uprzedzam – to nie tam teraz lecimy 😀 Najpierw czeka na inny kraj, a dopiero potem autostop na świątynię 😀

Na koniec, grubaski, chciałbym zachęcić was jak zwykle do wzięcia udziału w akcji „WYŚLIJ SOBIE POCZTÓWKĘ”.

Już chyba każdy wie, jak to działa : )

Na wszelki wypadek pod spodem wklejam info, a na samym dole, jak zwykle, kilka zdjątek od nas : )

Tak więc jeśli ktoś chce wesprzeć nas w podróży i dostać pocztówkę, to można albo za pomocą PayPala:


http://paypal.me/mgradowskitrip


Albo za pomocą konta w Złotych Polskich:


Mateusz Gradowski
68 1870 1045 2078 1017 9996 0002
Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW


Albo za pomocą konta w Euro:


Mateusz Gradowski
95 1870 1045 2078 1017 9996 0001
Kod SWIFT, gdybyś potrzebował: NESBPLPW


PS. Nie zapomnij podać w tytule swojego imienia i nazwiska, abyśmy mogli odnaleźć cię i zapytać o adres do wysyłki : )

No i macie kilka zdjątek jak zwykle 🙂

Ale to, dokąd teraz lecimy, będziecie musieli zgadnąć sami 🙂

Nieugięty wirus…
Tricycle – motorek z dobudowaną budką, który jest taksóweczką. Tanie to panie, tanie!
Puerto Galera – portowe miasteczko na wyspie Mindoro – urokliwe… Nie bardzo 🙂
Jakby ktoś pytał – na Filipinach też mają kozy…
Walentynki cz.1, takie tam
Walentynki cz.2, O! Lepiej…
Musiałem wysłać wam nasz ostatni pokoik w Manili 😀 Łóżko zajmowało więcej, niż połowę pokoju heh
I na koniec zdjęcie z chwili pisania postu. Maska obowiązkowo. Kinia gdzieś tripuje po okolicy 😀