#50 Autostopem do Bangkoku

19.02, środa, godzina 5:40

Lądujemy w stolicy Malezji, Kuala Lumpur. Tutaj czas jest inny, niż na Filipinach, więc o tej porze jest jeszcze ciemno. Z racji więc takiej, że z Filipin wylot mieliśmy o 1:30, a w samolocie nie bardzo da się spać, to do świtu postanawiamy kimnąć się trochę na lotnisku. Szukamy ciepłego kąta, szybka drzemka i jakoś ok. 7:30 wychodzimy z lotniska z nadzieją, że szybko uda nam się złapać samochód, który zabierze nas stąd. Beka w ogóle, bo samo lotnisko oddalone jest od miasta jakieś 60km.

No ale nic, pełni oczekiwania, aż prawdziwa przygoda w końcu się zacznie ruszamy z uśmiecham na twarzy.

Przy wyjściu od razu mnóstwo taksówek oferuje nam podwózkę, ale my oczywiście nieugięci upieramy się, że trafimy tam za darmo.

Plan w ogóle jest taki, aby jak najszybciej dostać się do Bangkoku, gdzie mamy spotkać się ze znajomymi, których poznaliśmy w Holandii, i którzy właśnie namówili nas na spróbowanie bycia wegetarianami.

Do stolicy Tajlandii, Bangkoku, mamy więc 1500 km, ale postanowiliśmy lecieć do Malezji, bo lot był kilka stów tańszy. Decyzja była prosta 🙂

No ale wychodzimy więc z lotniska i idziemy jakby autostradą, a może przynajmniej ekspresówką, śmiesznie.

Po przejściu 2, czy 3 km zatrzymuje się koleś i po prostu pyta gdzie chcemy jechać. Podaliśmy mu miasto oddalone o 250 km z lotniska i co? I okazuje się, że ziomek właśnie tam ciśnie! Ale dopiero za 2 godziny, bo najpierw musi załatwić coś w mieście. Zaproponował więc, że wysadzi nas gdzieś na stacji benzynowej, my poczekamy na niego 2 godziny i wtedy wróci po nas i pojedziemy sobie te 250 km.

Hmm, szybka rozkmina… Czemu nie?!

Tak więc się stało. Dojechaliśmy na jakąś stacje, usiedliśmy, coś zjedliśmy i czekaliśmy.

Potem czekaliśmy znowu, a na koniec jeszcze chwilę poczekaliśmy i bum! Podjeżdża nasz kierowca i pyta, czy jesteśmy gotowi.

Niesamowite!

Już sobie mówiliśmy, że jeśli nie przyjdzie za jakiś czas, to idziemy na ulicę dalej łapać stopa.

No ale jest, jedziemy!

Po wszystkim Maliq pyta nas jaki dalej mamy plan. Mówimy mu więc, że chcemy przestać się do Tajlandii, czyli kolejne ok. 260 km, ale nie mamy pieniędzy na żaden autobus, ani pociąg, więc dalej będziemy łapać stopa.

Maliq się wkręcił, bo nalegał, aby kupić nam bilety na autobus praktycznie pod samą granicę. Oczywiście niechętnie, ale zgodziliśmy się i niedługo siedzieliśmy już w busie do granicy.

Nasz człowiek, Maliq

Niestety, kiedy ruszaliśmy było już późno, to też kiedy dotarliśmy na miejsce, była godzina chyba 21:00, a do granicy było jednak kolejne 10km. Co robić?

Hostele za drogie, bo było widać cennik na zewnątrz, więc pomyśleliśmy o wymyśleniu noclegu za darmo. Co więc robimy? Ciśniemy do kościoła obok.

Podchodzimy bliżej z nadzieją, że nas ktoś zauważy, wtedy poprosimy o pomoc, albo chociażby miejsce na bezpieczne rozbicie namiotu na noc. W końcu targam ze sobą ten 3-kilogramowy namiot. Niech na coś się przyda 🙂

Niestety, kościół nie tylko był zamknięty, co nie dziwne, ale był również otoczony płotem, czy tam murem, więc stwierdziliśmy, że nie będziemy włamywać się do kościoła haha

Zamiast tego postanowiliśmy po prostu znaleźć miejsce na namiot. Jest ciemno, późno, nikt nas nie zauważy gdzieś w drzewach 🙂

I tak się stało. Znaleźliśmy subiektywnie ocenione miejsce jako bezpieczne i po 5 minutach nasz przenośny pokoik stał.

Obok była jakaś obwodnica, czy ekspresówka, to też dźwięków nie zabrakło, ale całą noc nikt nam nie dokuczał, więc jakoś udało się zasnąć. A przynajmniej pospać 🙂

Tego dnia pokonaliśmy więc autostopem 250 km i darmowym autobusem 260 km. Razem 510 km, łał!

20.02, czwartek, godzina 7:00

Wstajemy rano, skoro świt, gotowi, aby pokonać ostatnie 10 km terenu Malezji i przekroczyć granicę z Tajlandią. Ja tam jestem jaram 🙂

Idziemy więc wzdłuż drogi i po niedługiej chwili zatrzymuje się pan z małymi córeczkami, który chętnie nas te 10 km podwiezie.

Proszę bardzo, już za chwilę będziemy w innym kraju 🙂

Docieramy więc do granicy, pusto tu jakoś, przechodzimy przez kompleks wysokich budynków, nikt nas nie zatrzymuje, idziemy tak może z kilometr, półtorej, aż docieramy do kolejnych gmachów, gdzie już trzeba pokazać paszport.

Ziomek patrzy, patrzy i mówi, że nie mamy pieczątki wyjazdowej z Malezji, więc nie może dać nam pieczątki wjazdowej do Tajlandii.

Po wielu pertraktacjach i gestykulacjach oraz partii w kalambury z celnikami okazało się, że musimy się cofnąć ten kilometr, czy półtorej, do tych wielkich budynków i wziąć stempel wyjazdu z Malezji i wrócić tu zaraz znowu ten kilometr, czy półtorej i dostać pieczątkę wjazdu do Tajlandii.

Wiesz, wszystko spoko, ale tu gorąco jak w smażalni ryb u mnie na rogu w Działdowie, a my jeszcze duże plecaki ze sobą i żaden z celników w kilku budynkach, gdzie pytaliśmy, nie chce na te kilka minut przechować nam plecaków.

No cóż, mówimy sobie, że to część przygody, więc posłusznie cofamy z plecakami. Na szczęście po drodze stały szlabany z ziomeczkami, którzy zgodzili się popilnować nam plecaczków.

Biegusiem ciśniemy więc z paszportami. Bach, bach, pieczątki wbite, biegniemy z powrotem w stronę Tajlandii.

Odbieramy plecaki, dziękujemy i pełni szczęścia i energii witalnej idziemy znowu do pana, który nas cofnął po pieczątki.

Uśmiechamy się, bo widzimy się znowu, tym razem gotowi. Pan już bez pytań wbija nam pieczątki na miesiąc. Najpierw jednak zadają kilka pytań dosyć szczegółowych: a gdzie w Tajlandii, a po co, a dlaczego, a na ile, a co potem, a co przedtem…

No ale udało się, jesteśmy w Tajlandii, bum!

Oczywiście tutaj znowu odmawiamy wszystkich taksówek – my podróżujemy za darmo 😀

Ok. godziny 11:00 łapiemy stopa dalej do Bangkoku i co? Po niedługim czasie staje pan i zabiera nas 60 km. Szybka piłka.

Jazda minęła bezpiecznie i bezstresowo. Po drodze ziomek, kupił nam znowu jakieś jedzenie i picie, a na koniec, jak już dojechaliśmy do celu, zaproponował nam prysznic w swoim domu, no kozak! Było mega gorąco, więc skorzystaliśmy z okazji, żeby się ochłodzić.

Tutaj znowu pan pyta co dalej, a my znowu to samo „jedziemy do Bangkoku spotkać się z naszymi znajomymi, ale nie stać nas na autobusy, ani pociągi, więc może uda nam się znaleźć kolejny samochód”.

Pan tak patrzy skonsternowany, ten też się wczuł i stwierdza, że kupi nam bilety autobusowe na kolejne 320 km.

Coooo?!

Nie wierzymy w nasze szczęście. Oczywiście odmawiamy, mówimy, że nie trzeba, ale Tajlandia to buddyzm. Tego nie pomalujesz. Tak więc pana nie przekonaliśmy, pan nam kupił bilety 🙂

Nie pamiętam imienia naszego drugiego kierowcy 🙁

Do miasteczka Suratthani dotarliśmy też dosyć późno i tutaj też postanowiliśmy zostać na noc, ale tym razem znajdziemy jakiś pokoik, wykąpiemy się i wyśpimy normalnie. Aha, no i złapiemy wifi i damy znać, że żyjemy 🙂

Znaleźliśmy szybko tani pokoik za 200 THB, czyli mniej więcej 24 zł, szybki prysznic w zimnej wodzie, bo ciepła standardem w Azji nie jest (ale jest też tak gorąco, że nawet ciepłej wody ci się nie chce…), potem spacerek na jakąś kolacyjkę, powrót, siusiu, paciorek i spać.

Tego dnia stopem przejechaliśmy 60 km, a darmowym autobusem 320 km. Razem 380 km. Łał!

21.02, piątek, godzina 7:00

I znowu wstają skoro swit, pakują szybko rzeczy i wychodzą znowu na ulicę. Tym razem stwierdzamy, że zmajstrujemy drogowskaz prosto na Bangkok, bo ta trasa posiada jedną jedyną drogę tam prowadzącą, więc powinno być łatwo, ale jednak drogowskaz może nam to ułatwić.

I teraz wyobraź sobie, że rano daliśmy znać naszym znajomym, kiedy byli już w Bangkoku, że dotrzemy raczej jutro, czyli w sobotę, bo zostało nam 650 km. Trochę dużo. No chyba, że padnie złoty strzał i wieczorem dojedziemy.

I czaj, od 8:00 staliśmy dosłownie z 5 minut, po czym podjeżdża auto i ziomek mówi, że jedzie do Bangkoku, więc może nas zabrać ze sobą, ale w środku miejsca nie ma, więc będziemy musieli siedzieć na pace.

Problem? Jaki problem?! Zajarani życiem, że nie uwierzycie bunkrujemy się na pace i spędzamy tak, uwaga, 10 GODZIN!

I tak 10 godzin… 🙂
Piękny zachód słońca widziany z paki (nie z więzienia)

Czaisz? 650 km pokonaliśmy w 10 godzin w palącym słońcu, ale udało się, no sztos! Padł złoty strzał 😀 To mój najdłuższy jednorazowy stop 🙂

Tej części streszczał nie będę, choć ciekawe to doświadczenie 🙂

Kiedy dotarliśmy na ubocze miasta z 30 km od centrum było już ciemno, głośno, hucznie, brudno i tak, jak to pamiętałem.

Cały ten Bangkok.

Rozstajemy się, żegnamy, życzymy szczęścia, po czym musimy zmajstrować sposób na dotarcie do centrum tam, gdzie są nasi znajomi i w końcu pójść spać.

Obczajamy jakiś tani autobusik, który wiezie nas prosto w to epicentrum hałasu i melanżu, po czym rozbijamy plecaki w pokoju koedukacyjnym z 8 łóżkami, stwierdzamy, że jednak idziemy się przywitać i zjeść coś.

Mega fajnie było spotkać się z nimi. W końcu znajome mordki 🙂

No i cóż, poszliśmy zjeść faktycznie, ale potem postanowiliśmy się również przywitać po polsku i koniec końców wróciliśmy o 4:00 rano do hostelu, także tego akapitu też streszczał nie będę, choć powiem, że Bangkok wart jest swojej opinii. Nie bez powodu cisną tutaj ludzie z całego świata i mają melanż życia.

Tak więc i my postanowiliśmy na chwilę poczuć klimat tego legendarnego miejsca, odwiedzić sławne Khaosan Road, a nawet skorzystać z kilku atrakcji oferowanych przez tę szatańską dzielnicę.

Mam nadzieję, że wiesz o czym mówię 😉

I tak minęły nam 3 szalone noce w Bangkoku, mieście rozpusty, po czym w poniedziałek, 24.02 nasze drogi znowu się rozeszły i znowu każdy z nas był na swojej własnej podróży.

Nasi znajomi postanowili pojechać w dół kraju na piękną wyspę Koh Tao, a my?

A my dalej, gdzie nas los poniesie.

Ale to myślę temat na kolejny wpis, bo i tutaj znowu nie zabrakło nam przygód.

Będąc na Bali i Filipinach tęskniłem za tym – za przygodą i nieznanym.

Za dużo mi było luksusu chyba. Chciałem znowu poczuć ten wiatr we włosach płynący wir życia, w który bez wątpienia weszliśmy opuszczając lotnisko w Malezji.

Kto by pomyślał, że przez 3 dni przejedziemy za darmo 1500 km i to gdzieś w Azji, z Malezji do Tajlandii. Łał.

Niech prowadzi nas los.