#51 Autostopem do Kambodży

Siemanko ludzie!

Najpierw przeproszę za jakość zdjęć, ale postanowiłem wrzucać surowe zdjęcia, w ogóle nieprzerobione, oryginalne, a i większość robiona telefonem, co widać. Canon na sprzedaż. Kupi ktoś? 😀

Odkąd opuściliśmy wyspy i znaleźliśmy się na stałym lądzie, życie w podróży nabrało zupełnie innego biegu. Teraz ciężko jest nam przewidzieć każdy dzień. Już nie raz okazało się, że wieczorem mieliśmy gdzieś dotrzeć, ale ostatecznie autostop nie dowiózł nas do celu, więc na szybko musieliśmy organizować alternatywną opcję na nocleg, czy to tani hostel znaleziony na szybko, czy to namiot rozbity gdzieś przy drodze.

Ale wiesz mi lub nie, tego właśnie oczekiwałem po tym wyjeździe – prawdziwego bycia na trasie.

Tak więc Bangkok był miłym przystankiem od chwilowego jeżdżenia na pace u obcych ludzi oraz opowiadania im po raz kolejny dlaczego nie kupimy biletu autobusowego i dlaczego w ogóle rzuciliśmy pracę i postanowiliśmy zwiedzić Azję.

Czas niestety szybko płynie, każdy z nas jest na swojej własnej, niepowtarzalnej drodze i w końcu też nadszedł czas, aby rozstać się z naszymi znajomymi w stolicy Tajlandii i ruszyć ścieżką dalej, w naszym przypadku na wschód : )

24.02, poniedziałek, godzina 7:00

Opuszczamy Bangkok. Wstajemy jak zwykle wcześnie rano, bo chcąc pokonać autostopem jak największy odcinek trasy, musimy dać sobie dużo czasu, bo nigdy nie wiesz, czy dzisiaj akurat ktoś podwiezie cię 200 km, czy tylko 10 km i będziesz musiał czekać na następnego.

Tak więc postanawiamy najpierw wydostać się z centrum miasta, w którym mieliśmy tani hostelik, czyt. łóżko w pokoju 8-osobowym. Bangkok jest ogromny. Pamiętam jak próbowałem wydostać się z niego w 2018 roku – ziomek podwiózł mnie z centrum 30km, a ja nadal byłem w centrum, łoł.

Tym razem wsiadamy w autobus za 8 bahtów od osoby, tj. ok. 1zł, który zawozi nas 20 km od centrum i tam przy jakiejś stacji benzynowej łapiemy stopa. Ruch jest duży, bo to tylko 20 km od centrum, ale większość ludzi krąży po mieście.

Dlatego nie cierpię wjeżdżać w ogóle do dużych miast, bo wydostanie się z nich to męczarnia, często kilkugodzinna.

No ale długo na szczęście nie czekaliśmy, bo zatrzymało się nam młode małżeństwo, które zawozi nas ok. 70 km dalej, fajnie! Jesteśmy na szlaku.

Po godzinnej jeździe wysadzają nas w jakimś małym miasteczku, ale na głównej drodze, więc jesteśmy dobrej myśli.

Znajdujemy dobre miejsce, stajemy i znowu kciuk do góry na ulicy : )

Tutaj kilka małych przygód, bo zatrzymało się kilka osób, które chętnie by nas podwiozły za jakiś tam hajs, ale my się upieramy, że pieniędzy nie mamy, co po części jest prawdą, i że jednak poczekamy, aż zatrzyma się ktoś inny.

W końcu jednej taksówkarz stwierdził, że zabierze nas kilka km dalej, do jakiegoś lepszego miejsca na łapanie stopa.

Spoko, bierzemy. Próbuje potem nam pomóc poprzez dzwonienie do znajomej, która lepiej mówi po angielsku, ale która niestety kieruje nas na przystanek autobusowy, na co nas nie stać oczywiście.

Pan nas więc zostawia, a my dalej wyciągany kciuk i jazda : )

Po niedługim czasie zatrzymuje się nam miła pani, która bardzo chciałaby pomoc. Oferuje więc nam podwózkę, jeśli damy jej chociaż siano na paliwo – 1000 bahtów, czyli ok. 120 zł. Dla nas to majątek, więc szybko rezygnujemy. Pani po chwili mówi „no dobra, dobra, 500 bahtów”, na co również się nie zgadzamy, po czym pani odjeżdża.

Niezniechęceni tym incydentem stoimy dalej, po czym chwilę później wraca ta sama babeczka mówiąc, że podwiezie nas za darmo. Stoimy trochę wryci, ale wsiadamy 🙂 Słabym angielskim mówi coś o autobusie. Ciężko ją zrozumieć, ale póki jedziemy w dobrym kierunku, to po prostu siedzimy w aucie, aż nagle pani zajeżdża na stację autobusową i kupuje nam bilety na kolejne 230 km, łooooł!

No nie mogliśmy uwierzyć, że jest tak miła, a poza tym dopiero co chciała od nas pieniądze na paliwo. No szok, ale czekamy na ten autobus, który ruszał za pół godziny.

Według naszych wyliczeń wyszło, że do miasteczka zajedziemy wieczorem, więc będziemy musieli znaleźć tam tani nocleg. Do granicy z Kambodżą zostanie nam już tylko 90 km, więc rano z nową mocą coś ogarniemy.

Na szczęście na miejscu udaje nam się znaleźć tani guesthouse, więc nawet się cieszymy, że weźmiemy prysznic i wypoczniemy, żeby jutro moc wjechać w nowy kraj : )

25.02, wtorek, godzina 7:00

Jak zwykle raniutko zwijamy się z łóżek i pocisk na wylotówkę. To tylko ze 2 km, więc spacerek : )

Tutaj najpierw szybki autostop 30 km, po czym ziom wysadza nas na pustkowiu, aż w końcu trafia nam się złoty strzał. Może nie złoty, bo jednak kolejny pan nie zawiezie nas prosto do celu, ale srebrny, bo pan za granicą będzie na nas czekał i zabierze nas kolejne 160 km, bum!

Tak więc najpierw drugi pan bierze nas 60 km do granicy z Kambodżą, tutaj szybki stempelek, który kosztuje już 34 dolary za osobę, po czym przekraczamy granicę, a pan już czeka na nas i wiezie nas kolejne 160 km, już w Kambodży, no masakra jakie to piękne 🙂

Przejście graniczne w Kambodży 🙂

Zostaje nam więc tylko ok. 90 km i jesteśmy w porcie, w mieście Sihanoukville, NIESAMOWITE! Po niedługim czasie udaje nam się znaleźć ten transport, ale niestety jest to mała ciężarówka, która jedzie tylko 40 km/h, więc do portu dojeżdżamy jakoś o 18:00 chyba.

Spóźniamy się godzinę na ostatni prom, więc nocujemy w porcie, gdzie tanio niestety nie jest, no ale dajemy radę : )

26.02, środa, godzina 9:00

Nasz prom odpływa o 10:00, więc mamy czas, żeby się wyspać, fajnie! Ból dzisiejszego dnia jest taki, że prom za jedną osobę kosztuje 12 dolarów.

To niiiic! Ogarniemy! Płyniemy 2:30 h, po czym piękny widok rozpościera się z podkładu. Mi widok znany, ja już tu byłem, ale jaram się razem z Kinią : )

Spory stateczek 🙂

Wysiadamy na rajskiej wyspie Koh Rong, gdzie sam widok sprowadza dobre wibracje – łódeczki przycumowane na brzegu, palmy wiszące nad piaskiem, lokalne zapachy, małe dzieci bawiące się na przy porcie – no raj.

Szybciutko wysiadamy i ciśniemy kawałek dalej, żeby nie być w samym centrum tego szału. Na samym porcie turystyka zawsze jest gęstsza, więc idziemy nieco w odosobnienie.

Na szczęście znam trochę wyspę i wiem, gdzie możemy takie miejsce znaleźć. Idziemy więc może pół godziny i widzimy rozstawione namioty tuż na plaży. Bez namysłu podbijam do baru i pytam ile kosztuje pole namiotowe, bo swój namiot mamy. Ziom mówi 2$ od osoby za noc, więc postanawiamy zostać 4 noce 😀

Wyspa jest spora, moglibyśmy rozbić się gdzieś na dziko, ale płacąc za to pole namiotowe płacimy też za dostęp do wody, prysznica, no i jednak jakieś uczucie bezpieczeństwa, więc warto myślę 🙂

4 noce spędzamy więc w namiocie nie robiąc nic, poza czilowaniem na plaży, kąpaniem się w morzu, spacerowaniem brzegiem wody, leżeniem na hamaku, popijaniem drinków (ale nie często, raczej tanie piwko haha) no i jedzeniem.

Serio, ludzie pytają „a co można robić na takiej wyspie?”

I to jest właśnie ten problem. Każdy ciągle myśli, że coś musi. A piękno bycia na takiej wyspie polega w dużej mierze na tym, że właśnie nic nie musimy na niej robić : ) Można po prostu położyć się w hamak i zostać na nim cały dzień : )

Tak więc oddajemy się błogiemu stanowi nic nierobienia i dajemy się delikatnie ponieść szumowi fal i wiatrowi, który z kolei w nocy wiał dosyć mocno 😀 Aaale nie umniejszyło to naszemu doświadczeniu na wyspie i z ekscytacją spędziliśmy ten czas : )

Wspominałem, że na wyspie w Kambodży jest Polska knajpka z pierogami? 😀

No ale jak już wyżej wspominałem – czas nasz szybko płynie, więc i okres naszego lenistwa musiał dobiec końca. Nadszedł czas pakowania i ułożenia na szybko kolejnego planu. A przynajmniej miejsca, które chcemy odwiedzić i co? I szukać autostopu, aby nas tam dowiózł hehe

1.03, niedziela, godzina 7:00, wstajemy

Promem o godzinie 9:00 (znowu 12 dolarów od osoby) opuszczamy rajską wyspę i ciśniemy na wylotówkę, żeby złapać podwózkę. Jakie to piękne.

Niestety wylotówka trochę daleko, więc musimy podjąć ciężką decyzję o zapłaceniu za tuk-tuka (taka taksówka, składająca się z motorka i kabiny z tyłu), aby podwiózł nas do głównej ulicy. Dajemy mu więc te 5 dolarów bodajże i lądujemy na głównej ulicy, gdzie ruch duży, bo ulica wyjazdowa z portu jest tylko jedna. Na pewno szybko pójdzie.

No cóż, szło opornie, ale udało się złapać zioma na 220 km, najs!

W ogóle beka, bo w aucie siedział już jakiś inny typ, który myśleliśmy, że jest kumplem kierowcy, czy coś, albo rodziną może. Ale po jakichś 100 km typ wysiada i daje kierowcy siano.

Patrzymy na siebie speszeni, ale w końcu pytam go „jest pan taksówkarzem?”. Ziom niestety mówi, że tak, na co odpowiadam, że „ale ja mówiłem panu na początku, że nie mamy pieniędzy…”

I tu chwila ciszy, aż typ wypala „luzik, nie musicie płacić”…

Kumasz? Taksówkarz zabiera nas już któryś raz z rzędu i w ogóle nie bierze od nas siana. Jestem w szoku, serio.

Ale dzieje się. Ziom wiezie nas do stolicy, ale niestety wysadza nas 10 km przed centrum.

I to jest najgorsze – 220 km jedziesz za darmo, a za ostatnie 10 musisz zapłacić, bo nie będziesz szedł z plecakiem 15 kg 10 km. Może gdybym był sam, ale nie będę kazał Kini dźwigać plecaka taki kawał.

Płacimy więc kolejne 5 dolarów za tuk-tuka i już po chwili szukamy taniego noclegu.

Przypadkowo wbijamy do hostelu, w którym byłem w 2018 roku. Nie pamiętam ceny, ale skoro tu spałem, to musiało być tanio, a teraz niestety ziom podaje cenę, której przyjąć nie możemy, więc szukamy dalej. A był to pokój wieloosobowy, więc tym bardziej cena nas zdziwiła.

O dziwo, znajdujemy tani pokój prywatny, w samym centrum, więc oczywiście bierzemy : )

Jak zwykle do celu docieramy dość późno. Wystarcza nam czasu zaledwie na szybki prysznic i wyjście w miasto, aby coś tam zobaczyć, no i zjeść.

Night Market w Phnom Penh
Fryzjer gdzieś w Kambodży na pace auta 😀

Stolica Kambodży – Phnom Penh, to kolejne duże miasto w Azji. Dużo stoisk z jedzeniem, masa knajp, w której biali ludzie się upijają, po ulicach chodzi mnóstwo par, gdzie facet to stary gość z Europy, a kobieta, to tutejsza młoda dziewczyna. Widok nadal dziwi, serio, i nadal jest odrzucający. Ale nie mnie oceniać, ani komentować. To trzeba zobaczyć.

Tak więc wbijamy się w „Night Market”, obczajamy co ciekawego i o dziwo co? Nic. To samo, co wszędzie, tj. stoiska z bransoletkami, koszulkami, pająkami do jedzenia i innymi skorpionami itp itd. Ale za to znaleźliśmy wyśmienitą kuchnię indyjską i od razu tam wbiliśmy.

Serio, już w Malezji zakochałem się w kuchni indyjskiej. Jaram się, kiedy tylko trafię na tanią knajpkę serwującą takie właśnie dania. Wbijamy więc ochoczo, bo Kini też smakuje, po czym szybki spacer kanałem wodnym i co? I zawijać trzeba, bo rano musimy wstawać i dalej gnać na ulicę. Czeka na nas więcej przygód i więcej atrakcji, więc jeszcze nie dajemy sobie czasu na odpoczynek. Nie w stolicy na pewno, gdzie jest hucznie, głośno, brudno i wszędzie wszystkiego dużo. Poza tym dopiero co odpoczywaliśmy na wyspie, więc jest moc 🙂

W międzyczasie udało nam się zorganizować wolontariat w Tajlandii, podczas którego będziemy pomagać w hostelu w zamian za jedzenie i spanie. Tak więc nareszcie przychodzi okazja, aby coś zaoszczędzić. Nie zastanawiamy się w ogóle, tylko planujemy tripa tak, aby dotrzeć tam jakoś niedługo 🙂

Najpierw jeszcze jedno miasto na drodze w Kambodży.

2.03, poniedziałek, godzina 6:00

Tutaj sztos. Zanim skończę ten wpis dopiszę ten motyw, bo opcja kozacka trafiła nam się.

Czaj, idziemy z hostelu z buta jakieś 2km do wylotówki, żeby dalej łapać stopa ze stolicy w kierunku miasta Siem Reap, czyli jakieś 320 km.

Długo, długo nic, aż w końcu podjeżdża tuk-tuk i mówi, że jedzie do Siem Reap i Może nas zgarnąć.

Patrzę na zioma, myślałem, że żartuje. Mówię mu więc, „ale wiesz, że to ponad 300km?”

Mam na uwadze ciągle, że to motorek z kabiną z tyłu. Jechaliśmy z 5-6 godzin 😀

Ziom szeroki uśmiech i mówi, że tak, że on wie, ale jedzie tam akurat. Więc mówię mu, że nie mamy pieniędzy, żeby zapłacić.

Tym bardziej, że z przodu miał naklejkę GRAB, czyli taksówkarz.

Ten dalej szeroki uśmiech i mówi, że jedzie do domu, więc nie musimy płacić.

Speszeni i zdezorientowani patrzymy na siebie, ale w sumie czemu nie? Wsiadamy do małej kabiny z tyłu i po chwili jesteśmy na drodze do Siem Reap.

Niesamowite ile przygód nas spotyka 😀

Ziom po drodze kupuje nam obiad, częstuje kokosem i zimnymi sokami, a my w najlepsze siedzimy z tyłu jak turyści. Ale to piękne.

Niestety jednak, po właśnie 5 godzinach jazdy typ mówi, że jednak musi wysadzić nas jakieś 60 km przed miastem, bo musi zostać w domu. Oczywiście zajarani i tak jesteśmy, bo te 60 km to powinien być pikuś. Jesteśmy na głównej drodze, na pewno coś ogarniemy.

I tam się dzieje właśnie. Ziomek nas wysadza, żegnamy się czule, tyle razem spędziliśmy, po czym idziemy z 500 m, a tam typ się zatrzymuje i bierze nas prosto do miasteczka. Mało tego, podaję mu adres hostelu, który już wcześniej zarezerwowałem, a on podwozi nas pod same drzwi.

Ludzie są niesamowici.

I tak właśnie w chwili pisania jesteśmy w Siem Reap, na naszej drodze powrotnej do Tajlandii, gdzie złapiemy ten wolontariat i zaczniemy coś oszczędzać.

I każdego dnia, kiedy spotykają nas takie rzeczy, to jestem coraz bardziej wdzięczny za to, że jestem zdrowy i mogę tego wszystkiego doświadczać. Bo to niezapomniana przygoda, która zmienia życie. I żadna z tych chwil nie wydarzy się po raz drugi.

Pozdrawiamy z Kambodży : )