#53 Czy podróże kształcą? + FILM

No właśnie, jak to w końcu jest?

Jedni mówią, że kształcą, inni, że tylko wykształconych.

Przyjrzyjmy się temu z bliska.

Siemaneczko, z tej strony Mateusz gradzio gradziowy Gradowski. Oto moja historia.

Ahh! Zawsze chciałem to powiedzieć : D

Zamiast tego, na koniec wpisu przygotowałem dla ciebie coś specjalnego.

Zanim jednak zjedziesz szybciutko w dół strony, aby to wyczaić, proszę, poświęć chwilę, aby najpierw przeczytać to, co dziś przygotowałem dla ciebie, bo stanowi to niezłe tło dla niespodzianki, która czeka na samym końcu.

To jedziemy.

Jeśli jesteś osobą z mojego kręgu znajomych lub jeśli trafiłeś kiedyś na mojego bloga i już zostałeś (co cieszy mnie niezmiernie), to w jakimś stopniu moją historię znasz.

Zanim wyjechałem do Azji w 2017 moje podróżowanie było mocno okrojone.

Jakieś Niemcy, jakaś Holandia (głównie do pracy), gdzieś tam Anglia ze szkołą, no i piękna Chorwacja samochodem z Polski w grupie znajomych. Koniec.

Skąd więc pomysł na plecak, namiot i BUM autostop w Azji?

Sam nie wiem.

Nie miałem pojęcia czego się spodziewać, czego od życia wymagać, czego pragnąć. To, co natomiast wiedziałem, to to, czego bardzo nie chcę. I nie różni się to od tego, czego reszta ludzi nie chce, tj. rutyna. Nikt jej nie chce. Każdy ogląda teledyski na YouTube i chce życia z ekranu. Wszyscy oglądamy Instagramy i chcemy tego kolorowego luksusu.

Dlaczego?

No właśnie. Co w tym takiego jest? Ciekawe, czy potrafimy odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Niemniej jednak, przyciąga nas to COŚ, kształtując nasze style życia. Podporządkowujemy się ideom wykreowanym przez celebrytów, chociaż coraz bardziej namacalnie dostrzegamy, że nie to stanowi szczytu szczęścia i naszych ambicji. I choć jesteśmy tego coraz bardziej świadomi, budząc się jak ze snu, to jednak brniemy w bezsens dzisiejszych trendów.

Jako osoba zawsze aktywna, sam podążąłem tymi trendami. Jasne, że lubiłem dobrze się ubrać. Nadal lubię. Wstawiałem miliony kolorowych zdjęć na Instagram, a na Fejsbuku miałem ponad 1000 znajomych.

Co jednak sprawiało, że ktokolwiek mnie znał?

Moja wieloletnia pasja, jaką był bboying. Potocznie zwany breakdancem.

Nic tak nie przyciągało do mnie ludzkiej uwagi jak sam fakt, że robiłem coś, co ludziom się podobało i za co mnie szanowali. Nie musiałem pozorować sztucznych zdjęć, bo miałem w ręku coś, co pozwalało mi na zjednywanie sobie innych.

I było to tak piękne, że do dzisiaj kiedy o tym myślę, to aż serce rośnie i każe mi być wdzięcznym za te wszystkie lata spędzone w kulturze Hip Hop. Dziękuję.

Pęd w tamtych latach niestety (albo i stety) nabrał na sile, a ja chciałem więcej.

Czego?

Wszystkiego!

Łatwo zgubić się w tym tak, jak zgubiłem się ja.

Nie będę zwalał wszystkiego na media społecznościowe i ich siłę manipulacji.

Ludzka chęć aprobaty, zrozumienia i szacunku wzięła tutaj górę nakazując mi kolorować te zdjęcia, wrzucać te filmy i kupować te Najki.

Bez sensu. Jak łatwo zepsuć człowieka, „bo on nie ma Najek”. I choć wydaje się to banalne, bo w końcu mamy 21. wiek, to nadal jest to tak bardzo prawdziwe. Z tym, że dzisiaj może nie chodzi już o Najki, bo staniały one tak bardzo, że swego czasu w Gdańsku miałem chyba z 10 par butów, z czego kilka tych samych, ale w różnym kolorze. Ba, „bo to mój ulubiony fason”…

I choć z lekką pogardą patrzę na swoje czyny z przeszłości, to cieszę się z drugiej strony, że dane mi było wejść w to wszystko i zobaczyć od kuchni, bo dzisiaj dzięki temu jestem w stanie odróżnić zachowania, które są pożądane przez społeczeńśtwo od zachowań, które podpowiada sumienie.

Tak łatwo to zatracić.

I wiesz, nie zrozum mnie źle. Nie chcę tutaj zrzucić wszystko na fejsbuki i instagramy.

Chcę tylko podkreślić, jak łatwo można utracić własną tożsamość goniąc za czyjąś.

Zaufaj mi. Jestem inżynierem. Tzn tylko licencjatem…

I dokładnie te same zasady działania mógłbym wymienić, gdyby ktoś mnie zapytał dlaczego rzuciłem wszystko i poleciałem do Azji.

„Bo nie mam zdjęć na Instagram, bo moje życie jest nudne, bo celebryci podróżują, bo palmy wyglądają ładniej na profilowym, bo to, bo tamto”.

Jak jednak pisałem już niejednokrotnie na blogu – powodów dla mojego wyjazdu było o wiele więcej, a każdy z nich równie ważny. No może oprócz tego, że nie miałem zdjęć na Instagram. Ale to z palmami, to już tak, beng!

I teraz czaj, wyjeżdża człowiek na koniec świata, myśli, że zrobił coś ogromnie istotnego, za co laury będą spadały z nieba jak confetti na koncercie Ewy Farny na kortowiadzie w 2011 bodajże, a tu co się okazuje? Że ten sam człowiek na swojej drodze spotyka tysiące innych młodych ludzi z całego świata, którzy zrobili dokładnie to samo, co ten człowiek. IDENTYKO, bez kitu.

Czas na jaranie się minął?

A skąd!

Rośnie serce, a żyła za uchem nadal mocniej pulsuje.

Bo teraz człowiek stał się częścią nowej społeczności.

Ustalmy jedno – od najmłodszych lat dążymy do bycia częścią czegoś. Stąd biorą się grupy znajomych, zajęcia pozalekcyjne, kółka zainteresowań, aż w końcu pasje, które dzielimy z takimi samymi wariatami. Mamy wtedy świadomość, że gdzieś się przydajemy. Robimy coś wartościowego. Że są inni, których kręci to samo. To pomaga nam NIE BYĆ SAMEMU.

No i wyczaj, że będąc na drugim końcu świata (pierwszym jest Polska oczywiście) są ludzie, którzy kminią twoją kapę. Głowę w sensie. Tzn. tok myślenia. Że kumają doskonale dlaczego rzuciłeś wszystko i pocisnąłeś do Azji. Oni wiedzą, że na Słowacji nie znalazłbym tego, co znalazłem w Kambodży.

I myśl taka jest o tyle niesamowita, że nie musiałem tworzyć felietonów ludziom o tym, dlaczego nie zaręczyłem się i nie wziąłem kredytu na chatę. Zamiast tego, człowiek mówi mi w twarz:

„Ziom, rozumiem doskonale. Myślisz, że co ja robię tutaj z tobą?”

Zbijamy sobie piątkę więc i dalej wpatrujemy się w te zachody i wschody słońca, palmy wysoko rosnące nad głowami, rozbijające się o brzeg fale, uhahanych do półnaga ludzi z drinkami w ręce i horyzont możliwości ukazujący się przed nami.

Nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że wcale nie jest szalony, a jego motywy mają grono wyznawców na całym świecie.

Słodko!

Pytanie tylko, co z tym wszystkim zrobić?

Cóż, gdybym miał siano, to pewnie sam bym kupił tego drinka, a potem wynajął skuter wodny i se pośmigał.

Zamiast tego, mogłem wskoczyć do tej błękitnej wody, zakrztusić się słoną wodą, potem zostać „ukąszonym” przez meduzę (na szczęście przezroczystą, więc niegroźną), następnie odwrócić się w stronę brzegu i podziękować wszechświatowi za obie ręce, obie nogi, siłę i możliwość doświadczania piękna tego świata.

Do tego tematu będę wracał raczej często, bo sam nadal staram się uzyskać odpowiedzi na najważniejsze w życiu pytania, które brzmią:

Jaki jest sens życia?
Jaką mam pójść drogą?
Czym w życiu się zająć?

Wracając do pytania więc, którym zacząłem wpis, tak – uważam, że podróże kształcą. Jestem jednak zwolennikiem tej drugiej grupy, która uważa, że kształcą one tylko wykształconych.

Fajnie o tym rozpisuje się pani Magda na swoim blogu:

To nieprawda, że podróże kształcą.

Jeśli komuś nie chce się tam zaglądać, to tak w skrócie:

Pani Magda podaje świetny przykład podróżowania tych z nas, którzy konsekwentnie bronią się przed tym, aby podróże ich kształciły.

Cytat:

(…)Kiedy Janusz z Grażyną wybierają się do Egiptu i zaraz przed piramidą odpalają papierosa i samiec wypowiada zdanie: „Na zdjęciach w internecie wydawały się wyższe”.(…)

Zgodzisz się ze mną, że bywa tak często?

Ilu twoich znajomych wróciło z jakiegoś piękne miejsca i skomentowało „masa turystów, przereklamowane”?

Moich mnóstwo. No dobra, nie mnóstwo. Ale sporo.

I jest to przykre, bo człowiek ma okazję zetknąć się z obcą kulturą, otworzyć się na nią, zrozumieć i dać szansę samemu sobie, aby urozmaicić swoją osobowość, a kończy na narzekaniu, jakby była 6:00 rano w poniedziałek, a on musi wstawać do pracy.

Szkoda.

No ale cóż. Jak to się mówi „każdy ma swoje ale”. I ma się to tak do podróżowania, jak i do niepodróżowania.

I to jest w tym chyba najpiękniejsze.

No może poza pięknem świata tam, na zewnątrz : D

Tak więc powracając jeszcze na sekundę do pytania postawionego w tytule.

Chciałbym jeszcze wykorzystać chwilę twojej uwagi i zacząć od wstępu do niespodzianki, która czeka na ciebie na samym dole.

Chciałbym się nieco uzewnętrznić i odnieść do swoich podróży oraz tego, jaki wpływ wywarły one na mnie, bo bez wątpienia to uczyniły : )

Nie wiem, czy podróże wpływają tak samo na wszystkich ludzi. Chciałbym przekonać się o tym wysyłając dwójkę różnych ludzi w podobną podróż, ale oddzielnie, aby sprawdzić jakie doświadczenia będą mieli po upływie tego samego czasu.

Uważam, że MEGA różne, ponieważ to, co spotyka nas nawet tutaj w życiu codziennym, jest mocno uwarunkowane naszym usposobieniem, oczekiwaniami, przeszłym doświadczeniem, zaangażowaniem w „tu i teraz” oraz ambicjami.

Nie sposób więc przeżyć to samo dwa razy. Zawsze zadziała jakiś czynnik, który zrobi różnicę. Taki efekt motyla : )

Jeśli chodzi o mnie, wyjazd zmienił mnie całkowicie.

Przede wszystkim nauczył pokory.

Bo wiesz, co mają ludzie z krajów trzeciego świata, czego my nie mamy?

To dobre usposobienie właśnie. Brak u nich wrogiej chciwości powodowanej przez nadmierny materializm.

Cenię to tym bardziej, ponieważ wielokrotnie dane mi było korzystać z gościnności nieznajomych ludzi. Wręcz byłem na nich zdany wybierając taką, a nie inną formę podróży.

Wyjazd zwiększył również poziom mojej tolerancji względem drugiego człowieka.

Nie zliczę ilu ludzi w każdym z tych krajów bezinteresownie mi pomagało. Ilu z nich dało mi jeść, ilu z nich dało mi pieniądze, a ilu z nich zaoferowało nocleg w domu.

I byli to sami lokalni mieszkańcy, Azjaci.

Tutaj ciekawostka:

Kilka dni temu oglądałem w TV program „Kossakowski. Inicjacja”, gdzie Przemek miał za zadanie wytrzymać 48 godzin na ulicach Warszawy, prowadząc życie bezdomnego. Był już wieczór, Przemek strasznie głodny, bo nic nie jadł. Na pewno ogarniało go już uczucie rezygnacji. I czaj sytuację. Przemek tuła się gdzieś po ulicy, aż nagle podchodzi do niego ziom, wręcza mu kanapkę i mówi: „proszę, kanapka dla ciebie, za darmo.”

Przemek oczywiście wziął, oniemiały podziękował i stał jak wryty wlepiając oczy raz na ziomka, który już się oddalał, raz na kamerę, która obserwowała go z ukrycia, nie wiedząc kompletnie co ze sobą zrobić. Był zszokowany gestem nieznajomego.

I wiesz, sytuacja jest o tyle piękna, że osobą tą był młody Azjata. Pewnie student.

I co ty na to?

Będąc świadkiem takich sytuacji, a zwłaszcza, jeśli dotyczą ciebie bezpośrednio, aż chcesz oddać światu dobro, które przyszło do ciebie z rąk nieznajomych.

Wielokrotnie aż miałem łzy w oczach, kiedy ludzie dawali mi pieniądze i kupowali obiady, bez kitu.

Nawet teraz jak sobie o tym pomyślę, to aż raduje się serce, które też chce w przyszłości być dla kogoś dobrym.

Nie sposób zapomnieć o takich rzeczach. Nie sposób przejść obojętnie.

Podczas wyjazdu, zaglądając do życia ludzi, którzy otwarcie mnie przyjmowali, nauczyłem się również wzajemnego szacunku.

Tak często nie chcemy nawet wiedzieć jaką drogę za sobą ma osoba, z którą rozmawiamy.

Tak często lekceważymy jej potrzeby, bo nie widzimy, albo widzieć nie chcemy tego, co jest w środku, albo jaką historię dana osoba ma do opowiedzenia.

I wiesz, choć jest to trudne i pewnie nawet za kilka lat w pełni tego nie pojmę, to chciałbym móc być mniej próżny i niecierpliwy. Chciałbym móc nie oceniać ludzi z góry, chciałbym nie próbować docierać do ludzi w zły sposób, zapominając o ich prywatnych potrzebach. Chciałbym móc zawsze znaleźć sposób, aby do nich dotrzeć i im pomagać. Chciałbym zrobić różnicę. Chciałbym sprawiać, aby przykre doświadczenia stawały się łatwiejsze do zniesienia.

Tego dążenia do lepszej wersji siebie również nauczyły mnie moje podróże. Styczność z różnymi ludźmi, z wieloma narodowościami, z odmiennymi kulturami, z wierzeniami innymi, niż moje, z innymi wizjami oraz perspektywami.

No bo skąd mamy wiedzieć, że pączek z toffi jest najlepszy z całej piekarni, jeśli nie posmakujemy pozostałych? : )

Wracając na moment do próżności, o której wspomniałem oraz o negatywnym wpływie mediów społecznościowych NA MNIE, chciałbym podzielić się z tobą namacalnym spostrzeżeniem, które dotarło do mnie po tym, jak pozbyłem się swojego konta na Instagramie oraz na Facebooku.

Tak – zostawiłem messenger, ale jak wiadomo, służy on tylko do komunikacji : )

Zobacz jakie to piękne:

gdy wstaję rano, nie zaglądam najpierw na Instagram, aby sprawdzić, czy zdjęcie, które wrzuciłem wczoraj, uzyskało jakieś kolejne lajki.
Nie sprawdzam również, czy na Facebooku znajomi pochwalili się czymś nowym.

Sprawdzam natomiast mejla i ewentualnie stan konta, bo kto wie ile kryzys spowodowany koronawirusem potrwa? 🙂

Zauważ, że te dwie czynności zajmują mi dosłownie 2-3 minuty. Koniec. Nie wlepiam oczu dłużej w telefon, no bo w co?

Obczaj też wieczór, kiedy to leżałem już w łóżku, ale na siłę przedłużałem odłożenie telefonu, „bo może wpadnie zaraz jakiś lajk, a moje zdjęcie będzie miał już 100, a nie 99 polubień”.
Nie przedłużam też tej farsy skrolując Facebooka bez potrzeby.

Mogę ewentualnie przeczytać o najnowszych doniesieniach z kraju na temat wirusa.

Wiesz co jest najpiękniejsze w nieposiadaniu kont na portalach społecznościowych?

Po pierwsze – nie tracisz bezmyślnie czasu na skrollowanie stron.

Po drugie – uwalniasz się od oceny i opinii osób całkowicie ci nieznanych.

Po trzecie – nadrabiasz relacje ze znajomymi z kolei, bo z braku aktywności w mediach, zaczynasz rozmawiać z ludźmi.

Po czwarte – znajdujesz czas na robienie rzeczy, na które wcześniej tego czasu nie było, niesamowite.

I tak dla przykładu ja aktualnie zająłem się troszkę rysowaniem, bo zawsze chciałem móc narysować czyjś portret. Tak więc jestem na dobrej drodze.

Poniżej moja ostatnia praca : )

Jak więc widzisz, brak kont na tego typu portalach pozwala ci na uspołecznienie się. Nadmierna aktywność na Instagramie to nie uspołecznianie się. To paranoja.

Uspołecznianie się to realny kontakt z drugim człowiekiem. Są to prawdziwe relacje, dotyczące prawdziwego życia codziennego, jego problemów, wzlotów i upadków, ale również i spędzanie czasu wolnego z ludźmi, którzy nie narzucają ci własnej woli oraz panujących w Internecie trendów.

Jezu, jaki człowiek był głupi kilka lat temu. Mówię teraz o sobie.

Ile to trzeba w życiu przeżyć i przejść, aby uświadomić sobie co tak naprawdę jest ważne.

Jakaż długa jest droga do przewartościowania naszych ambicji, które przyswoiliśmy w gimnazjum od głupich głupków.

Ileż to trzeba czasami narobić głupstw, aby uzmysłowić sobie, że w taki sposób sobie życia nie ułożymy.

O! A PROPOS tego! Ale mi wpadło wspomnienie.

Czajcie. Wiele, wiele lat temu, kiedy ludzie na Ziemi używali jeszcze aplikacji Gadu-Gadu, miałem takiego internetowego zioma, z którym graliśmy w jakąś gierkę.
No i tak sobie graliśmy i czatowaliśmy, aż kiedyś opowiedział mi historię, jak to był w górach, gdzie napadł go jakiś koleś, bo chciał zerwać mu zegarek z nadgarstka.
No i szarpali się, szarpali, aż w końcu ten mój ziom jakoś go obezwładnił i stojąc nad nim mówi do niego „tak sobie życia nie ułożysz”.

Po czym odszedł.

Do dzisiaj nie wiem, czy historia jest prawdziwa, a z ziomem kontaktu już nie mam, ale lubię wizję tej sytuacji. Lubię wyobrażać ją sobie i mam nadzieję, że to naprawdę się wydarzyło.

Ziom nie zadzwonił na policję, ani nie obił jakoś nadmiernie złodziejaszka, tylko postanowił dać mu lekcję, którą jakimś cudem ja pamiętam do dzisiaj, a gadaliśmy o tym na pewno ponad 10 lat temu. Wyczaj więc jak musiałem to kminić, skoro wryło się w moją głowę na tyle aż lat.

Niesamowita historia. Mam nadzieję, że prawdziwa : )

No ale… Szkoda, że nie wszyscy od razu wiemy co jest dobre, co złe, co należy, a czego kategorycznie nie powinniśmy robić, bo w przyszłości będziemy pluć sobie w twarz.

A tymczasem, mój drogi ziomeczku, ziomeczko, chciałbym gorąco zaprosić cię na seans filmowy, w którym w roli głównej zagrają moje własne odczucia i emocje. Seans, poprzez który chciałbym przekazać ci energię, z jaką już dzisiaj możesz zacząć działać na własną korzyść. Abyś mógł poczuć to, co czułem ja oraz energię miejsc, dźwięków i kolorów.

Klikaj w link poniżej, sprawdzaj koniecznie i dawaj znać, co o tym sądzisz : )

„A gdyby tak…”

PS. Wróciłem do Polski kilka dni temu. Chaos tu straszny.