#55 Ile rozdziałów ma dobra książka?

Cześć i czołem, moja kompanio braci!

Mam nadzieję, że jest was jeszcze kilkoro 🙂

Spojrzałem właśnie na daty publikacji ostatnich wpisów na blogu. Miałem wrażenie, że minęły lata, A to raptem miesiące.

Ostatni wpis na blogu – 5. kwietnia.

Ostatni wpis z Azji – 4. marca.

Ee, to nie tak dawno temu 😉

Mógłbym teraz wpaść na bloga z nowym wpisem, zupełnie niezwiązanym z moimi dotychczasowymi ekscesami i po prostu jechać dalej. Kontynuować prowadzenie bloga, jak gdyby nigdy nic.

Bez kitu, pewnie by się udało 🙂

Natomiast dzisiaj rano naszła mnie wena. A może raczej w nocy, bo śniło mi się coś interesującego. Coś z przeszłości, co skłoniło mnie do mniejszej lub większej refleksji.

I tak oto jestem, próbując wytłumaczyć lukę pomiędzy wpisami sprzed marca, pełnymi górnolotnych uniesień, deklaracji, czułych słówek i tęczy wynoszącej moje ambicje na wyżyny.

Myślę, że dla nikogo nie będzie szokiem, jeśli powiem, że ponowna wycieczka do Azji, która zaczęła się 30. grudnia, 2019 roku, i która miała trwać kolejny rok, a może i lata, zakończyła się dokładnie 15. marca, 2020.

Dwa i pół miesiąca. Tyle wystarczyło, a w zasadzie to mniej, aby dokonać kolejnych decyzji, których żniwo zbieram teraz.

Ci, którzy mnie znają wiedzą doskonale, że bywam nieokiełznany, lekkomyślny, impulsywny pod kątem podejmowania decyzji, a przy tym niepokorny, z jasnym kierunkiem, ale i na tyle konsekwentny, że raz podjęta decyzja potrafi wywrócić wszystko dookoła tak, że nic nie jest w stanie stanąć na drodze do jej realizacji.

Historia zarejestrowała już kilka przypadków podejmowania takich właśnie decyzji, po podjęciu których następowały nieodwracalne w moim życiu zmiany, gdzie bliscy mi ludzie otwarcie negowali moje pomysły zrzucając winę to na pogorszenie mojej przyszłości, to na niemożliwość wykonania zadania, to na brak we mnie dostatecznej siły i energii do zrobienia czegoś.

Po części każda z tych osób może miała rację, ale co za kumpel mówi ci, „że czegoś nie dasz rady zrobić”, zamiast dopingować ci zwłaszcza, jeśli misja jest duża i szlachetna? (Choć konsekwencje i „trupy do celu” niekoniecznie…).

No ale tak, jak podjąłem decyzję o wyjeździe z Gdańska do Azji w 2017 roku, rzucając dobrą pracę i bardzo udany, kilkuletni związek, tak teraz podjąłem decyzję o ponownym odejściu od dobrego związku (będąc już w Azji), na rzecz dalszego doświadczania życia takim, jakie jest, ale niestety w samotnej wędrówce.

Napisałem „niestety” nie dlatego, że jest mi jakoś mega ciężko na sercu, że tak się stało. Użyłem tego słowa dlatego, że przez moje niezdecydowanie i pewne chęci, plany, cele, ambicje ktoś inny musi faktycznie odpowiedzieć. Chociażby odrzuceniem. A to brzydko. Nie chciałbym już zachowywać się tak wobec drugiej osoby. Nie można tak.

Myślę, że jasno tutaj określiłem swój punkt widzenia. Nie wiem jaki wydźwięk będzie to miało wśród ludzi, którzy to przeczytają, ale napiszę wprost…

Nadal chcę jeździć po świecie i doświadczać go, ale jednak chyba sam…

Nie wiem, jaka musiałaby być moja partnerka, aby być w stanie dogodzić małemu Mateuszkowi w trakcie trwania takiej podróży, serio.

Uwielbiam usiąść sobie na szczycie górskim i rozkminiać życie. Wyobrażać sobie dokąd zmierzam, albo co jeszcze mogę zobaczyć, gdzie polecieć i jak zdobyć na to pieniądze…

Czytam sporo książek, które według internautów zmieniają życie. Oglądam materiały mające za zadanie zmotywować ludzi do wstawania co rano i stawiania małego kroczku do celu, który sobie założyliśmy.

Nie wiem jak na was, ale na mnie działa to mega pobudzająco. Na tyle, że odrywam się nagle od takiego materiału, ubieram się, wychodzę na dwór i robię 40km rowerkiem.

Dokładnie tak zrobiłem wczoraj.

No i nie jest to coś mega wyjątkowego akurat, bo tak, czy inaczej biegam sporo. Więc nie był to jednorazowy odruch.

Chodzi mi raczej o to, że naprawdę działają na mnie ludzie. Ale ci, którzy faktycznie mają coś do powiedzenia.

Uwielbiam być podsycany, motywowany. Ale lubię też, jeśli ktoś mi powie, że coś jest trudne, albo mało możliwe. Lubię to mniej natomiast, jeśli coś takiego słyszę od dobrego kumpla, który ewidentnie chce mi powiedzieć, że czegoś nie dam rady. No ale tak, czy inaczej, to dobry motywator, dobry kop. „Jest coś, w czym możesz się sprawdzić. Jazda z tym!”

Kilka dni temu usłyszałem od znajomej, że lubię „wyznaczać sobie Everesty”.

Wiadomo co to znaczy. Wyznaczyć sobie wysoki lub trudny do osiągnięcia cel i po prostu dążyć do jego realizacji.

I faktycznie. Wojsko chociażby było jednym z takich Everestów. Potem wulkan na Bali, na który wszedłem już trzy razy. W ogóle wyjazd do Azji był jednym, dużym Everestem. „Ja nie dam rady?!”

Typowo polska cecha. Ale też typowo męska. Ego faceta ucierpi, jeśli nie dokona czegoś, czego reszta mówi, że właśnie nie zrobi.

Piszę to wszystko, aby troszkę się usprawiedliwić chyba. Aby przekazać wam szerszą perspektywę, dzięki której zrozumiecie dlaczego robię to, co robię. I dlaczego nie oglądam się za siebie, ani innych. Choć bardzo dla mnie bliskich…

Wychodzi na to, że Rozdział drugi, którym zatytułowałem wpis o ponownym wyjeździe do Azji (z partnerką tym razem), nie będzie ostatnim w tej książce.

Ile rozdziałów ma dobra książka? Jak kończą się losy bohatera dobrej książki? Czy moja postać może być tym dobrym charakterem? Czy już stałem się tym czarnym?…

Poniżej odnośniki do tego, co działo się ostatnio u mnie. Tak w skrócie oczywiście.

Wyjście na Rysy, 9.2020

Wyjście na Zawrat, 10.2020

Wschód słońca w Tatrach, 10.2020

Wycieczek w Tatry było więcej, nie każdą nagrywałem. Piękne są.

I na koniec oczywiście mój wspaniały film podsumowujący samotny, roczny wyjazd do Azji. Polecam gorąco 🙂

„A gdyby tak…”

Do usłyszenia, grubaski. Sprawdźmy jak, i czy w ogóle blog będzie się rozwijał 🙂

2 myśli na temat “#55 Ile rozdziałów ma dobra książka?

  1. Super, że wróciłeś 😉 A książka… cóż, jeśli ciekawa – im dłuższa, tym lepsza. Ale tak długie przerwy pomiędzy rozdziałami niewskazane! Wschód słońca w Tatrach szacun i Rysy cudowne. „No i jak nie kochać życia?” 😉

Dodaj komentarz