Skąd biorą się problemy? Dlaczego cierpimy?

Witam, siemanko.

Ostatnio albo nic spektakularnego nie działo się w moim życiu, albo działy się rzeczy na tyle istotne, ale i niestety poniekąd przykre, że nie na rękę było mi chwalenie się nimi. W każdym razie to właśnie te wydarzenia skłoniły mnie do rozpoczęcia poszukiwań w celu uzyskania kilku znaczących odpowiedzi. Miałem przynajmniej nadzieję, że odpowiedzi będą znaczące i wniosą coś wartościowego do mojego życia.

Już w poprzednich notkach, mniej lub bardziej, skupiałem się na aspektach psychologicznych naszego życia; nawiązywałem do nawyków, do pozytywnego myślenia, podświadomości, do problemów czy zmian. Tak się składa, że zachowania ludzkie, których świadkiem jestem każdego dnia, zaczynają mnie coraz bardziej interesować, przez co staram się dotrzeć do ich źródła. Tak oto trafiłem na książkę Ewy Woydyłło – W zgodzie ze sobą.

Autorka tej książki to doktor psychologii i terapeutka uzależnień, w dziedzinie której to otrzymała już zasłużone odznaczenia. Dziś pracuje ona w Fundacji im. Stefana Batorego w Warszawie, gdzie swoje działania skupia na przeciwdziałaniu uzależnień. Lista jej dzieł jest dłuższa, a na tę pozycję trafiłem przez przypadek, z czego jestem bardzo zadowolony.

Książka jest krótka, bo tylko 142 storny w formacie A6 (mniejszy, niż zeszyt). Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że książka napisana została w jeden dzień (takie były moje odczucia), ponieważ żaden z wątków nie jest w szczególny sposób rozwinięty. Autorka skupiła się raczej na opisie „po łebkach”, przez co książkę czyta się naprawdę szybko. To trochę szkoda, bo zawiera ważne tematy, a przez tempo czytania mogą nam umknąć.

Po przeczytaniu książki, drążąc dalej temat, trafiłem na audycję Nocne Światła z Martą Mauer-Włodarczak – psycholog i terapeutka. Ta z kolei specjalizuje się w psychologii par i małżeństw, ale istota faktów opisanych przez nią w owej audycji również skłania do głębokiej refleksji.

Obie panie w swoich wywodach poruszają istotę problemu (p. Marta), czy też cierpienia psychicznego (p. Ewa). Obie zgadzają się, iż sam fakt występowania tych rodzajów… Nazwijmy to udręk, nie muszą być spowodowane jakimś konkretnym wydarzeniem z życia, typu wypadek, choroba, śmierć bliskiej osoby. Niektórzy ludzie żyją cierpieniem, w które przerósł się lęk, strach i obawa przed czymś, co często nigdy się nie zdarza.

Np. ludzie, którym wpajano przeróżne informacje na temat nowotworów. Oglądając codziennie wiadomości i czytając kolejne artykuły o tym, jak ludzie umierają z powodu nowotworów, sami nabierają obawy o własne życie i żyją w przekonaniu, że ich też to spotka. Poprzez taki tok myślenia postępują nader ostrożnie w codziennych sytuacjach, bojąc się i lękając tego, co czego za rogiem. Żyją w ciągłym strachu i niepewności w oczekiwaniu na ten nowotwór. Ale czy to nie jest tak, że jeśli obawiamy się nadejścia czegoś (nie mając żadnego potwierdzenia, że to nadejdzie), to w końcu to coś do nas dotrze? Przecież przez wiele lat czekaliśmy, a nawet przygotowywaliśmy się. Musi w końcu przyjść, bo inaczej… Po co te wszystkie lata oczekiwania?

Pani Marta w swojej audycji słusznie zauważa, że większość problemów, z którymi spotykają się ludzie dzisiaj (skupiała się głównie na osobach będących w związku, ale wydaje mi się, że równie dobrze tyczy się to pozostałych), nie jest efektem teraźniejszości, ale przeszłości. Problemy, przed którymi stoimy teraz, nie zostały rozwiązane dawno temu, a teraz wychodzą na światło dzienne dając o sobie znać. To bardzo ciekawe, bo gdyby przyjrzeć się naszym relacjom z drugim człowiekiem, okazuje się, że w naszym umyśle zakorzenione są ślepe schematy postępowania i myślenia, których często nie chcemy zmieniać. A to dlatego, że wydaje nam się, że to jedyne słuszne schematy, a wszystkie inne są złe. Mówiąc o problemach człowieka dorosłego, pani Marta powraca do jego dzieciństwa, które jest okresem, kiedy dziecko dostaje pierwszy obraz rzeczywistości, a który przedstawiany jest przez rodziców. Spędzając więc pierwsze lata poznawcze pod okiem mamy i taty, dziecko wpaja sobie, że wizerunek, który oni stwarzają dziecku, jest słuszny i jedyny. Jeśli rodzice nie przywiązują wagi do wychowania dziecka, pozostawiając je same przed wyborami, których dokonać musi, to nie wie ono, jaki wybór jest słuszny. Popełnia więc błędy, które owocują w przyszłości, jako ich efekt. Jeśli mama, czy tata nie karci dziecka za palenie papierosów, to uważa ono, że to nic złego, a przynajmniej znośnego, za co kara się nie należy. Dziecko musi wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Musi wiedzieć, jak odróżniać te dwie sfery po to, aby w przyszłości w relacji z innymi ludźmi, wiedziało jak postępować należy, a jak nie wolno, co jest zdrowe, a co nie.

Idąc za przykładem dziecka, które w dzieciństwie nie miało zdrowego autorytetu, w przyszłości też nie stanie się nagle autorytetem dla kogoś innego. Ponadto, osoba taka, raniła będzie bliskich wokoło nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Ostatecznie, to nie jej wina. W takim razie czyja? Rodziców? Oni też przecież brali przykład ze swoich rodziców. Powinniśmy więc zrzucić winę na dziadków?

Każdy człowiek ma swoją świadomość. Każdy człowiek jest wolny, co oznacza, że ma wybór i bierze na siebie odpowiedzialność za każdy z nich. Kiedyś może trudniej dotrzeć było do metod wychowania dziecka i ludzie sami nie wiedzieli, jak sprawnie przejść przez ten proces. Dziś dostęp do nich, ale i umiejętność ich analizowania wzrosła na tyle, że człowiek sam wie, co będzie dobre dla jego dziecka, a co złe. Archetypy więc w tej kwestii powoli odchodzą w przeszłość, a zastępowane są przez nowe idee.

Podsumowując więc tę część tekstu, należy pamiętać o tym, że nasze zachowania są potem starannie odwzorowywane przez tych, dla których byliśmy autorytetem.  Miejmy więc na uwadze to, jak się przy tych osobach zachowujemy.

Kolejną istotą problemu samego w sobie, na który uwagę zwraca również pani Marta jest fakt, iż ludzie przestali sobie ufać. Nie chcą już szukać oparcia w drugim człowieku, ale podążając za rozpędzonym światem, gdzie człowiek jest na każdym kroku wyszydzany i krytykowany, chcą ze wszystkim radzić sobie sami. Bo jeśli nie poradzę sobie sam, to inni stwierdzą, że jestem słaby, gorszy. Nic bardziej błędnego. Człowiek jest istotą społeczną, co oznacza, że nie został stworzony po to, aby żyć w samotności i radzić sobie z problemami w pojedynkę. Wręcz przeciwnie. Jeśli druga osoba pomoże nam w rozwiązaniu naszego osobistego konfliktu, to jest to właśnie kwintesencją istnienia – wspólne dobro.

Otoczenie ma niesamowity wpływ na nas. Często nie robimy tego, na co mamy ochotę, bo nie wypada albo bo co inni powiedzą? Jest to dość przykre, ale nie tylko powinniśmy żałować osób, które są hamowane przez takie właśnie pobudki, ale również tych, na których to się odbija, czyli najbliższe ich otoczenie.

Podsumowując więc tę część tekstu, pamiętajmy o tym, że dopiero życie w grupie nabiera sensu. W grupie, która jest w stanie nieść nam pomoc, kiedy jej potrzebujemy.

Kolejnym powodem cierpienia, czy niezadowolenia z życia, a więc również problemem, który zaczyna pojawiać się w naszym życiu, jest fakt, iż najzwyczajniej w świecie nie mamy tendencji do mówienia o swoich potrzebach. Pani Ewa w swojej książce poświęca temu cały rozdział. Co więc idzie za brakiem komunikowania swoich potrzeb? A no to, że ludzie, od których oczekujemy pewnych zachowań i reakcji, wcale nie robią tego, co byśmy chcieli, przez co nieświadomie nas zawodzą. Stanowi to ogromny problem zwłaszcza w związkach, kiedy to kłótnie opierają się na powinieneś/powinnaś się domyślić. Otóż nie. Ludzie nie są jasnowidzami i często po prostu nie domyślają się/nie wiedzą, czego oczekuje od nich druga osoba. Zrzucenie winy na partnera mówiąc mogłeś się domyślić, to tylko wymówka spowodowana rzeczywistym brakiem rozmowy, w której jakiekolwiek cele, czy kierunki mogłyby zostać jasno rozrysowane. W rezultacie, przy najbliższej okazji, kiedy na jaw znowu wychodzi, że dana osoba nie zrobiła czegoś tak, jak tego chcieliśmy, dochodzi do nieprowadzącej do niczego kłótni, zamiast do rozmowy, która przynajmniej na tym etapie mogłaby zakończyć się naprostowaniem/naprowadzeniem drugiej osoby. Zamiast tego, niestety, wolimy wykorzystać moment, w którym wszystkie swoje niepowodzenia ześlemy na osobę niczego nieświadomą.

Zgodnie z tym, co p. Ewa pisze, aby komunikacja, nawet w sytuacji, kiedy narósł problem, nabrała w końcu tonu, który ma przynieść jasne informacje, należy w takim momencie nie wytykać drugiej osobie tego, że czegoś nie zrobiła, ale opowiedzieć o tym, jak poczuliśmy się w momencie, kiedy to się nie stało. Mówienie o uczuciach, to kolejna trudna kwestia dla wielu ludzi, co ewidentnie zasługuje na oddzielny artykuł kogoś kompetentnego. W każdym razie, jeśli w gorączkowej sytuacji zamiast unosić się, co tylko podsyca złą energię i zwiększa impulsywność, powinniśmy przybrać łagodny ton i skierować atmosferę w kierunku rozmowy o tym, co się faktycznie wydarzyło i co było tego skutkiem. Z podkreśleniem oczywiście swoich oczekiwań w taki sposób, który nie obraża, a nakierowuje.

Podsumowując tę część tekstu, zanim rozpoczniemy bezsensowną argumentacją (o charakterze kłótni) upewnijmy się, że druga osoba na pewno wiedziała, czego od niej oczekiwaliśmy, mimo to nie zrobiła tego (bądź zrobiła). Aby nie wyszło tak, że wykorzystujemy moment, w którym złość na kogoś/coś innego, przelewamy na niewłaściwą osobę.

Ostatnim ciekawym elementem, który usłyszałem od p. Marty w w/w audycji, jest brak chwalenia się wzajemnego. To swoją drogą ciekawe, jak bardzo ludzie pragną być doceniani. Zwłaszcza przez najbliższe im osoby. Jeśli więc widzą, że ważna im osoba nie docenia ich starań, albo co gorsza, nie dostrzega, „kulą” się oni, co powoduje spadek pewności siebie, i niestety wartości. A jeśli ich pewność siebie spada przez brak zainteresowania ze strony drugiej osoby, to najczęściej jest to początkiem poważnych zaburzeń psychicznych, typu depresja, lęk na poziomie subiektywno-poznawczym, czy hipochondria charakteryzująca się występującymi ułomnościami bez jakichkolwiek dowodów, które mogłyby je potwierdzić. Te często małe elementy, których w zasadzie nie dostrzegamy, mogą poprawić samopoczucie i jakość życia człowieka. Dla nas to nic wielkiego, ale dla osoby, której pewność siebie została zaburzona, drobne gesty, czy słowa mogą być kluczowym elementem w kwestii rozwoju.

Podsumowanie tej części tekstu zostawiam wam wszystkim i każdemu z osobna. Nie rozpisałem się w niej, bo chciałbym skłonić was do refleksji w tym temacie.

Pozdrawiam,

Mateusz

Dodaj komentarz