Jak rzuciłem korpo #7 – Malezja, Monkey Beach

WAŻNA INFORMACJA NA SAMYM KOŃCU!!!

 

7.01.2018, niedziela

Budzę się ok. 9:00 rano. Wokół mnie rozpościera się sieć. To dla bezpieczeństwa. W nocy potrafi tu być dużo komarów. A wiadomo, że można dostać od nich jakiejś malarii lub innej dengi. Hamak, na którym spałem lekko się kołysze. Pierwszy raz spałem na hamaku, niesamowita sprawa. Wychodzę podekscytowany przed namiot, aby upewnić się, że to dzieje się naprawdę. Tak – nadal jestem w miejscu, na które cień rzucają palmy. Przede mną rozciąga się rajska plaża. Jej woda jest błękitna, fale wesoło rozbijają się o brzeg, liście kołyszą się na delikatnym wietrze. To kolejna plaża Malezji – kolejny raj.

– nasz ziomek-gospodarz, który przygarnął nas pod swój namiot na Monkey Beach 🙂

 

Ale od początku.

6.01.2018, sobota

Nadal jestem wolontariuszem na wyspie Penang. To miejsce jest o tyle fajne, że nie tylko dostaję jedzenie i spanie, ale i weekendy mam wolne, więc mogę robić, co chcę. „Super!” – myślę. To mój pierwszy weekend tutaj, więc postanawiam go w pełni wykorzystać, aby zwiedzić wyspę. Zgaduję się z innym wolontariuszem – Marvinem z Niemiec i postanawiamy złapać stopa na północ, gdzie znajduje się popularna plaża – Monkey Beach. To jakieś 40km. Nie powinno być ciężko.

Pakujemy namioty, jakieś jedzenie i po chwili jesteśmy gotowi do drogi. Ciśniemy na główną drogę biegnącą na północ, jakieś 10 minut stąd i wyciągamy kciuk. Po ok. 20minutach (15?) łapiemy pierwszego stopa – „Gdzie jedziecie?”, pyta koleżka. „Monkey Beach”, odpowiadam. „To nie do końca mój kierunek, ale wsiadajcie, zabiorę was tam.” Wiedzieliśmy, że stopowanie w Malezji jest łatwe, tak mówili wszyscy, którzy próbowali tego tutaj, ale czasami jest to po prostu banalnie łatwe. Kiedy myślę o moim stopowaniu z Kuala Lumpur na wyspę Penang (niecałe 400km), o których pisałem w poprzednim wpisie, to nadal jestem w szoku.

Tak więc jedziemy prosto na plażę. Na miejsce docieramy dopiero po godzinie, bo były spore korki. Niemniej jednak jaramy się strasznie. Koleżka wysadza nas, żegnamy się, dziękujemy i jesteśmy gotowi do szlaku. Tak – aby dostać się na popularną Monkey Beach, musimy najpierw pokonać egzotyczny, iście wyjęty z dżungli szlak, albo zapłacić 20 RM od osoby za łódź (ok. 17zł), która nas tam zabierze. Szlak nie jest długi, to jakaś godzinka plus jest mega egzotyczny, to w końcu dżungla! No i obaj jesteśmy raczej fanami natury, więc nawet, gdybyśmy mieli pieniądze, to i tak byśmy z łodzi nie skorzystali. Lubię wędrówki. Wolę spacery, niż taksówki, czy busy. W taki sposób poznaję więcej ludzi, odkrywam więcej, doznaję więcej. No i zdjęcia – mam okazję zatrzymać chwile, aby trwały wiecznie. Cieszę się więc szlakiem, widokami, egzotyką i tropikalnym klimatem, kiedy zza całej tej bujnej flory wyłania się ona – otwarta, wycięta z filmu przygodowego sceneria – długa plaża usłana palmami z lewej i Cieśniną Malakka na Morzu Andamańskim z prawej. Schodzę ze szlaku, zdejmuję buty, aby być bliżej tego miejsca, poczuć jego klimat i nie wiem, co lepsze – nie wiem co fotografować najpierw. Wszystko wydaje się być idealną klatką do zdjęcia. Wszystko jest piękne i cudowne i takie nierealne. Wszystko jest bardziej bujne, niż to sobie wyobrażałem.

– miejscówka na szlaku do Monkey Beach, który rozciągał się wzdłuż Cieśniny Malakka
– nadal szlak na Monkey Beach, który był mega, mega bogaty w żywozieloną roślinność. Aż chciało się cykać zdjęcia.

Trochę późno wyruszyliśmy, więc kiedy docieramy na plażę, ta jest już prawie pusta – brak turystów i całego zgiełku. Bardzo nas to jednak cieszyło z racji takiej, że jak już wspomniałem – obaj jesteśmy raczej fanami natury i przeżywania wszystkiego na swój własny sposób, uciekamy więc od stolic, które wszędzie są takie same – drogie, głośne i przeludnione, a ponadto drogie, głośne i przeludnione.
Po godzinnej wędrówce w tropikalnym klimacie, gdzie poziom wilgotności powietrza jest na poziomie 94%, jedyne, o czym myślimy, to schłodzić się w morzu. I tak też robimy – zrzucamy z siebie ubrania i czym prędzej wbiegamy do wody. Woda jest niesamowicie ciepła, ale i tak orzeźwiająca. Czuliśmy wielką ulgę i śmialiśmy się sami do siebie, bo zdaliśmy sobie sprawę, gdzie się znajdujemy. A byliśmy w raju. Znowu. Dosłownie. Staliśmy w wodzie po szyję i patrzyliśmy na zachodzące ponad palmami słońce. Nieziemski widok. Zupełnie, jakbyśmy byli na innej planecie. Coś pięknego. Wyciągam gopro w wodoszczelnej obudowie i szybko łapię te chwile. Nie chcę ich zapomnieć. Jestem właśnie świadkiem swojego życia. Muszę żyć, aby opowiedzieć o tym innym. Rozpiera mnie radość i szczęście. Nie wierzę własnym oczom. Ale wierzę sercu, a mówi mi ono, że to najlepszy czas mojego życia. Stoimy jeszcze jakiś czas oszołomieni scenerią, ale robimy się głodni, więc wracamy na plażę, szybki chleb, tuńczyk w puszce, pomidory, ogórki, marchewki, a na koniec wisienka – masło orzechowe, to z kawałkami orzecha, jako deser. Niczego więcej nie było nam trzeba.

– widok na plażę z wody. Prawda, że rajska?

Pojedzone, to szukamy miejsca na namioty. Idąc wzdłuż plaży zaczepia nas ziomek krzycząc z daleka „HELLO! CAMPING?!” „YES!” – odpowiadamy. Ziomek mówi, aby pójść za nim. Pokazuje nam miejsce obok swojego „domku na plaży” (duży namiot, w którym było wszystko, co potrzebne do życia), po czym dodaje „Albo chodźcie do mnie. Lubicie spać na hamakach? Mam kilka wolnych”. „PEWNIE!” – cieszymy się, po czym wbijamy do ziomka, ten odpala muzę z głośnika bluetooth i jest jeszcze lepiej, niż byśmy sobie wyobrażali.

– plaża była wypełniona hamakami. Wisiały dosłownie wszędzie, były dostępne dla każdego.
– hamaki, wszędzie hamaki.

 

Długo gadamy z ziomkiem, po czym mówi nam, że na końcu plaży jest bar. „ALE KOZAK! CHODŹMY TAM!” – mówię do mojego kompana. Tak też robimy. Jest już ciemno, ok. 21:00. Gdzieś widać pojedyncze światła w namiotach, niebo jest już rozgwieżdżone, nie wierzę. Po raz kolejny nie wierzę w piękno natury.
Po kilku minutach docieramy do „Lazy Boys Cafe” i wiemy, że będzie dobrze. To reggae bar, wszędzie zielony, żółty i czerwony. „No nieźle!”. Klientów co prawda nie było, ale nie to było ważne. Mała puszka piwka kosztowała 10 RM (ok. 8,60zł), no ale co? Nie weźmiesz? Jesteś w raju! Wzięliśmy więc po jednym i siadamy na leżaczkach obczajając oświetloną gwiazdami plażę, kiedy podbija do nas dziewczyna – „HI BOYS!”. Witamy się, koleżanka dołącza do nas. Rozmawiamy chwilę. Ona mówi, że przyjechała tutaj tydzień temu i od tamtej pory nie opuściła plaży. Dobrze jej tu. Z jakiegoś powodu jej wierzyłem. Rozmawiamy oczywiście po angielsku, ale kiedy pytam skąd jest, mówi – „POLAND!”. „SIEMKA!” – krzyczę więc wesoło : ) Niesamowite, jaki świat jest mały, a jaki nieprzewidywalny!
Spędziliśmy razem kilka godzin, Anita pograła na gitarze, pośpiewała, pośmialiśmy się trochę, po czym zaprosiła nas na swojego bloga, który jest i po polsku i po angielsku. Powinniście go sprawdzić:
TIMETRAVELBEE

Jakoś przed północą postanowiliśmy jeszcze wejść do wody. Było pięknie i mega gorąco. Jak zwykle. Wchodzimy więc i co? I widzimy mieniący się w wodzie plankton „CO TO ZA CZARY?!” Pływam w święcącej się wodzie. „TO JEST DOPIERO CUD!” Albo i nie. To tylko zjawisko bioluminescencji – tzw. świecenia niektórych żywych organizmów. „ŁAAAAŁ!” Jestem pod mega, mega wrażeniem, ZNOWU! Jestem w szoku i chyba zaraz umrę z nadmiaru uczuć i emocji, które przelewają się przez moje ciało i umysł każdego dnia, odkąd opuściłem Polskę. Czasami serio nie wierzę i czasami serio patrzę na ten piękny świat i myślę sobie – „wszystko jest tak piękne, że grzechem jest nie chcieć tego odkryć”.

Jakoś o północy wracamy do naszego hosta. Nadal jestem mega podekscytowany ilością ludzi, których spotykam każdego dnia. Staram się robić zdjęcia i wylewać swoje emocje na tym blogu, ale uwierz mi, że są one niczym w porównaniu z tym, co faktycznie dzieje się w mojej głowie i sercu, kiedy jestem świadkiem całego tego piękna, jaki świat ma do zaoferowania oraz całej tej dobroci, jaką częstują mnie obcy ludzie, nie chcąc niczego w zamian. To naprawdę imponujące.

Nasz host na szczęście jeszcze nie spał, i dobrze. Nie chcielibyśmy wbijać w nocy do gościa, którego dopiero co poznaliśmy. Pogadaliśmy więc jeszcze chwilę, po czym wygodnie ląduję na swoim hamaku owiniętym siatką przeciwkomarową. To jest zbyt piękne. Nie chcę wracać.

– hamaki + bujaczki, które widzisz na filmach 😀

 

7.01.2018, niedziela

Wszystko rano wyglądało tak samo pięknie, jak wczoraj wieczorem. Albo nie – lepiej. Bo było jasno, słońce świeciło, widziałem jak żywo zielone są liście palm, jak jaskrawy jest kolor wody oraz jak niecodzienna rutyna mieszkańców tej plaży na nowo rozpala moje serce.
Nie myśląc długo, wskakuję w spodenki i zanurzam się w orzeźwiającej wodzie, po czym znowu odwracam się w stronę brzegu i znowu upajam się widokiem tropikalnej plaży. Chcę tu być. I znowu – jestem wdzięczny samemu sobie, że znalazłem w sobie odwagę, aby opuścić moją strefę komfortu i wyjechać w Bieszczady. Tzn. do Izraela. Potem do Egiptu. Aż w końcu do Malezji. I nie powiem Ci co potem. No może potem : )

– piękne palmy tuż nad twoją głową, kiedy leżysz na hamaku

Z naszym hostem uzgodniliśmy, że w podziękowaniu pomożemy mu ogarnąć trochę z rana. Po kąpieli więc bierzemy się do roboty – trochę sprzątamy i pół godziny później jesteśmy już po wszystkim – to był dobry układ. Nie czekając ani chwili dłużej wskakuję znowu do wody. Klimat jest zbyt upalny, aby tego nie robić co chwila. Patrzę więc znowu na plażę z wody, nic się nie zmieniło – sceneria jest nadal rajska.

Czas niestety szybko płynie. Jutro poniedziałek, więc musimy wracać, bo nadal jesteśmy wolontariuszami. Weekendy mamy wolne, ale od poniedziałku do piątku musimy być na miejscu, żeby pomóc w czym tylko się da. Postanawiam więc ostatni raz wejść do wody, zanim na dobre opuścimy plażę. Wchodzę szybko, żeby szybko wyjść, kładę się na plecach rozmarzony, po czym czuję, jak coś mnie smyra. Najpierw łaskocze, potem jednak zaczyna parzyć, coraz mocniej. Wstaję szybko przerażony na nogi, odwracam się, a tam niestety – meduza! Biało-żółta, prawie przezroczysta meduza. „O TY..!”, myślę sobie, po czym wydobywam z siebie cichy (a może głośny?) okrzyk bólu. Biegnę szybko w stronę brzegu, jakież 20m, przy czym uważam, żeby nie trafić już na żadną z meduz. Moje całe plecy i tyłek pieką strasznie, jakby ktoś delikatnie mnie przypalał. Na brzegu stał nasz gospodarz, który zauważył sytuację. Pytam go szybko, czy powinienem coś z tym zrobić, posmarować czymś może, nie wiem. Typek jednak spokojnie, a nawet śmiejąc się odpowiada, że przejdzie po 10 minutach. Byłem trochę spięty, nie powiem, a jego spokój na początku zestresował mnie jeszcze bardziej. Nigdy wcześniej nie miałem bliskiego spotkania z meduzą. Myślałem, że to trochę bardziej niebezpieczne. Ale patrząc jak ziomek się śmieje, to w sumie sam zacząłem się śmiać. Dotarło do mnie, że gdyby faktycznie było to groźne, to gość nie śmiałby się. Stałem tak więc na plaży owinięty piekącym bólem z nadzieją, że przejdzie szybciej, niż po 10 minutach. Nie przeszło – nie przestawało. Dopiero po 20-30 minutach ból zaczynał ustępować. Nieznacznie, ale jednak.
Mój kompan z Niemiec pyta po jakimś czasie, czy jestem już w stanie założyć plecak. „JO! DAWAJ GO MNIE!” Plecy nadal piekły, ale zaczęliśmy powoli opuszczać plażę. Rzucałem ostatnie spojrzenia, ale nie robiłem już zdjęć. Mam ich wystarczająco. Nawet o bólu zapomniałem, bo skupiłem się na zapamiętaniu jak największej ilości szczegółów. Zabawne jest to, że właściciele dwóch barków na tej plaży zaoferowali mi wolontariat. Tutaj, na rajskiej plaży, „brzmi świetnie”. Szczerze myślę o powrocie tutaj w lutym i zostaniu na tydzień, może dwa. Ale może będę bardziej uważny w wodzie? Całe szczęście, że pierwszego dnia jak tutaj dotarliśmy, żadna meduza mnie nie złapała. Nie chciałbym pierwszego dnia się zrazić.

Podczas swojej podróży poznałem wiele osób, naprawdę. Niby podróżuję sam, ale nigdy sam nie jestem. I wiesz co? Zauważyłem, że wszystkie te osoby łączy coś wspólnego. Okej, nie jest to jakieś mega odkrycie, ale stałem się częścią kolejnej społeczności, którą łączą te same priorytety, ale i powody. Wszyscy mieli ułożone życie. Każdy miał pieniądze, nie narzekał, ale każdemu czegoś brakowało. I nie mam na myśli niskobudżetowych wakacji w Malezji, czy Egipcie. Mam na myśli chęć przeżywania nowych rzeczy. Budzenie się każdego dnia nie wiedząc, co dziś się wydarzy. Ten dreszczyk, kiedy nie masz gdzie spać i musisz znaleźć miejsce na namiot. Wszystko to nadaje sens twoim poczynaniom. Nadaje wartości twojemu istnieniu, bo nieustannie się uczysz. Nieustannie poznajesz nowych ludzi, którzy przekazują Ci swoje poglądy, czyli również swoje wartości, z których Ty możesz czerpać. Masz więc niepowtarzalną okazję rozwijać się nieustannie. Każdego dnia testujesz swój charakter. Budujesz na nowo jego fundamenty, poprzez znajdowanie się w zupełnie nowych sytuacjach na obcym terytorium. Wiesz, można również wyruszyć w podróż autostopem po Polsce i tam każdy dzień również będzie nowy, kiedy będziesz spał pod namiotem, gdzie popadnie, ale… Sam przyznaj, że lepiej jest koczować na rajskiej plaży, niż nad jeziorem w Kownatkach, na mazurach (która również jest piękna. Wiem, bo sam jestem z mazur).

PS. Polska naprawdę maleje w oczach, kiedy uświadomisz sobie ogrom świata.

EDIT:
W tym miejscu miałem zakończyć wpis, ale jakiś czas temu dołączyli do nas nowi wolontariusze z Londynu i stwierdziłem, że muszę wspomnieć o nich już teraz, bo są niesamowici.
Wyobraźcie sobie 4-osobową grupę, która w podróży jest już 8-miesięcy. Przez 2 lata regularnej pracy w Londynie oszczędzali pieniądze, aby przez rok bycia w podróży dookoła świata nie musieć pracować. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to 4-osobowa rodzina składająca się z mamy, taty oraz dwóch chłopców kolejno 2 i 4 lata. Zaskoczeni? Wyssało mi mózg, jak zaczęli opowiadać swoje historie oraz kiedy uświadomiłem sobie, że młodszy z nich, Arto, prawie połowę życia spędził w podróży. Jego dorastanie nie odbywa się na podwórku Londynu. On dorasta na ulicach Tajlandii, Wietnanu, Laosu, Kambodży, Malezji, Singapuru i innych wysp azjatyckich. ALE SZTOS. Wyobraźcie go sobie w szkole. Pani mówi „a teraz wymyślcie jakąś historię, w której opiszecie swoje wymarzone wakacje”. PFF! Dzieciak będzie tak kreatywny, że w wieku 15 lat pewnie napisze aplikację, dzięki której życie autostopowicza będzie o niebo łatwiejsze. Właśnie, czy wspomniałem, że oni również podróżują z plecakami? Też są backpackersami z tym, że mają dodatkowy plecak na zabawki. Niesamowite ile można zdziałać, gdy SIĘ CHCE. Ta rodzina jest dla mnie ogromną inspiracją. To ogromna odpowiedzialność. Świat jest wielki, dla nich jeszcze większy. Chłopcy są w najcięższym wieku, potrzebują dużo opieki i uwagi, mają miliony pytań i codziennych zmagań, a ich rodzice dają radę i wiesz co? Są w tym świetni. Gdybyś tylko mógł zobaczyć z jaką miłością i dobrocią odnoszą się do siebie nawzajem, ile dobra płynie z ich relacji… Miazga. Jestem pod ogromnym wrażeniem. To naprawdę imponujące widząc, jaki ciężar dźwigają każdego dnia oraz ile satysfakcji im to daje. Da się to odczuć przebywając wśród nich. Totalna miazga. Musicie sprawdzić ich instagram:
Up 4 A Mission

– wesoła, londyńska rodzinka. Niesamowite, że dają radę!

 

– uwielbiam ich.

Na koniec jak zwykle kilka dodatkowych zdjęć + zdjęcie paragonu, aby choć trochę przybliżyć ceny w supermarkecie na wypadek, gdyby ktoś wybierał się do Malezji : )

Po kolei:

– PLASTIC BAG – reklamówka, wiadomo – niecałe 20gr

– TORTO MAGIC – NIE MAM POJĘCIA, TO STARY PARAGON – ok. 7,50zł

– SUPER MILK TEA – herbata mleczna – niesamowita sprawa, bardzo polubiłem i piję do dzisiaj! – ok. 9zł

– LADY’S FINGER – NIE MAM ZIELONEGO POJĘCIA :OO – ok. 3zł

– HOWEI PEANUT – masło orzechowe, bez którego żaden trip nie może się odbyć – ok. 9zł

– MARIGOLD FULL – NIIE MAM POJĘCIA – ok. 4,50zł

– AYAM TUNA – tuńczyk w puszce, pysznh – ok. 5zł

– TELLY MAYO – majonez – ok. 7zł

– MIGHTY LONG – chleb – ok. 2,50zł

Smacznego : )

Jak zwykle polecam swój kanał INSTAGRAM i YOUTUBE.

 

WAŻNA INFORMACJA!!!

Drodzy znajomi i nieznajomi. Ponad 2 miesiące temu wybrałem się w podróż dookoła świata mając odłożone swoje własne pieniądze. Jakieś. Niestety, wiadomo jak jest, pieniądze wydawać trzeba, nawet jeśli jest to tylko jedzenie. Tak więc i moje zaskórniaki powoli się kończą, a ja bardzo wracać do domu bym nie chciał, ponieważ…

1. Minęły dopiero 2 miesiące.
2. Zobaczyłem dopiero 3 kraje.
3. Porównałem tylko jedną religię (islam).
4. Wykreśliłem dopiero jeden punkt z mojej listy rzeczy do zrobienia.
5. Nie zdążyłem nasycić się pięknem świata.
6. Nadal nie dotarłem do Australii.
7. Nadal nie mam zdjęcia, jak stoję na głowie na Chińskim Murze.
8. Nadal nie nurkowałem z delfinami.
9. Nadal nie brałem kąpieli ze słoniami.
10. Nadal nie głaskałem tygrysa.

To tylko 10 powodów, które na szybko przyszły mi do głowy, ale jest ich wiele, wiele więcej. Są ich setki.

Dlatego postanowiłem założyć profil na portalu PATRONITE.

Czym jest PATRONITE? Niczym innym, jak budowaniem relacji pomiędzy wszelkiego rodzaju działaczami kulturalnymi, a ich odbiorcami. W tym przypadku ja jestem działaczem kulturalnym kierującym się odkrywaniem świata, a następnie przekazywaniem informacji na jego temat w taki sposób, abyś i Ty mógł dostrzec jego piękno i kto wie, może wybrał się w podobną podróż. Ty natomiast jesteś moim odbiorcą i bardzo cieszy mnie fakt, że czytasz ten wpis : ) Jeśli z jakiegoś powodu lubisz to i chętnie wracasz po więcej historii, które spotykają mnie na mojej drodze, to mam dla Ciebie dobrą wiadomość:

MOŻESZ ZOSTAĆ MOIM PATRONEM!

Kim?

Patronem

Co to znaczy?

Oznacza to, że jeśli naprawdę podoba Ci się to, co robię i jeśli choć w jakimś stopniu mi kibicujesz chcąc dowiedzieć się więcej na temat tego, co spotyka mnie każdego dnia, to możesz wspomóc mnie drobną, lub większą, jeśli chcesz, pomocą finansową w postaci comiesięcznej kwoty.
Może to być 5zł, których wydanie Tobie nie zrobi żadnej różnicy, ale jeśli znajdzie się dziesięciu (słownie 10) Patronów, którzy sfinansują mnie comiesięczną 5-złotówką, ja będę w stanie opłacić bloga, którego teraz masz okazję czytać + pewnie starczy na jakieś śniadanie, bądź dwa gdzieś pod palmami, stojąc na rękach.

Podoba Ci się ta wizja? Ja nie mogę się doczekać!

Więc jeśli i Tobie podoba się ta wizja i zastanawiasz się teraz jak tego dokonać, to poniżej szybka odpowiedź.

To właściwie bardzo proste.

Wystarczy, że odwiedzisz MÓJ PROFIL PATRONITE, zapoznasz się z sugerowanymi progami oraz nagrodami, które oferuję w zamian za Twoją hojność oraz wybierzesz jeden z nich.

Proste?

Jasne, że proste.

Mało tego – to niesamowite, ponieważ stajesz się jedną z tych osób, które mają realny wpływ na życie innych, w tym przypadku moje, oraz realnie sprawiasz, że to życie staje się lepsze. A nie ma nic piękniejszego, niż satysfakcja z tworzenia. W tym przypadku – tworzenia lepszego scenariusza życiowego.

Tak więc jeśli chciałbyś wesprzeć mnie w mojej historii, w mojej misji, zapraszam Cię jeszcze raz na MÓJ PROFIL PATRONITE. Może zainspiruję Cię do zrobienia wielkich rzeczy : )

Pozdrawiam Cię serdecznie!

MGradowskiTrip

Jedna myśl na temat “Jak rzuciłem korpo #7 – Malezja, Monkey Beach

Dodaj komentarz