MGradowski Trip #27 Praca w Wietnamie

Siemaneeeeczko!

Więc ogromnie mi przyjemnie móc przedstawić wam kolejny wpis na moim blogu, a zaraz kolejny odcinek vloga, którego zmuszony zostałem prowadzić po tym, jak mój laptop się zepsuł. Może niekoniecznie zmuszony, bo równie dobrze mógłbym poprzestać na zdjęciach na Instagramie, ale opłaciłem jednak domenę i hosting na rok, czas leci, a ja chciałbym jednak zrobić użytek z wydanych w ten sposób pieniędzy i nadal dzielić się z wami tym, co dzieje się u mnie na mojej drodze, a jak ciągle się okazuje – są osoby, które śledzą moje poczynania, za co serdecznie im dziękuję. W sensie nie za to, że w ogóle śledzą, ale za to, że od czasu do czasu napiszą mi dobre słowo, którego tak bardzo brakuje w życiu każdego z nas.

Od dziecka słyszymy „tego nie wolno, to nie twoje, to nie dla ciebie, tam zamknięte, to dla innych, tego nie możesz, tego nie ruszaj, tam nie wchodź.”

Rzadko jednak słyszałem, aby ktoś mówił „hej, to tylko dla ciebie, spróbuj, wejdź i zobacz, zrób to, wiem, że potrafisz, uda ci się, wystarczy sięgnąć, zrób to, zrób to, zrób to.”

Rzadko, a raczej wcale. Każdy każdego stara się zepchnąć niżej, a samemu pierwszemu sięgnąć po wygraną.

Jeśli więc chcemy być motywowani, musimy albo płacić tysiące złotych za szkolenia mówców motywacyjnych, czytać ich książki lub oglądać kanały na YouTubie. Lub zapłacić za trenera personalnego, który krzyknie ci nad uchem „ZAPIE*DALAJ KU*WA!”.

I powiedz mi tak szczerze – ilu znasz ludzi, osobiście, którzy są na tyle zmotywowani, że sięgają po swoje? Po sukcesy, ale te prawdziwe?

Wiesz, że z badań wynika, iż tylko 3% społeczności osiąga swoje cele?

3% całego społeczeństwa.

Ziemię zamieszkuje ok. 7,6 miliarda ludzi.

Wyobraź sobie więc duże Polskie miasto i pomyśl, że z całego świata, tylko ludzie w tym mieście osiągają swoje cele. Cała reszta jest zbyt słaba, zbyt rozproszona, za mało skupiona i niezbyt zmobilizowana, aby osiągać własne cele.

Ciekawe, co?

Ale dziś nie o tym. Dziś na filmie po prostu kontynuuję streszczanie mojego tripa, gdzie czasami jest luźno, a czasami gęsto i dzieją się rzeczy!

Film znowu się jakimś cudem urwał przy 12 minucie, a szkoda, bo dalej nawiązałem do różnic w szkolnictwie pomiędzy Polską, Tajlandią i Wietnamem.

To mega zajawkowe, że mam teraz taką wiedzę, którą przyswoiłem poprzez bycie tam, dotykanie tego i doświadczanie na własnej skórze.

Tak więc skracając to, czego film nie objął, obczaj sytuację.

W Polsce, gdy nie zaliczasz klasy, tj. przedmiotu, czy dwóch, powtarzasz rok. Jasne, masz szansę poprawki testu, ale jak nie poprawisz, siedzisz kolejny rok w tej samej klasie. Proste.

W Tajlandii natomiast, jak nie pójdzie ci z jakiegoś przedmiotu, to do następnej klasy przechodzisz i tak, choć przedmiot, którego nie zaliczyłeś (czy dwa albo i trzy) poprawić musisz… Jakoś w ciągu roku… Kiedyś. Bo prób masz nieskończenie wiele.

Tak więc dochodzimy do sytuacji, gdzie 15-latek jest mniej więcej na tym samym poziomie, co 10-latek. No może nie aż tak drastycznie, ale większej różnicy pomiędzy klasą 3, a 5 czasami nie widać.
Dlatego klasy są mieszane rocznikowo, bo różne poziomy znajomości chociażby angielskiego są widoczne u różnych grup wiekowych.

To samo w Wietnamie. W sensie tutaj dzieciaki młodsze również są w grupach ze starszymi, bo różnie ta nauka im idzie.

Tak więc i tutaj spytałem o to, co dzieje się z uczniem, gdy ten nie zalicza pod koniec roku przedmiotu, lub dwóch. Odpowiedź, jaką uzyskałem, jest nie do końca dla mnie jasna, bo komunikacja w Wietnamie jest ciężkim kawałkiem chleba, a i w internecie póki co nie znalazłem informacji, aby zweryfikować ich odpowiedź.

A odpowiedzieli, że uczeń musi powtórzyć oczywiście egzamin, ale dopiero za rok. Spytałem więc, co dzieje się z tym uczniem przez cały kolejny rok, na co odpowiedziano mi, że uczy się prywatnie, lub w jakiejś innej placówce, aby egzamin poprawić w końcu (w przyszłym roku).

„No ale chodzi do szkoły przez cały rok? Jest w tej samej klasie? Poprawia rok?” – ciągnąłem.

„Nie, uczy się albo w domu albo płaci za prywatną naukę.”

Dziwnie się z nimi rozmawia. Nawet, jak ktoś zna angielski, to nie zna. W sensie rzuca zdaniami wyrwanymi gdzieś z podręcznika, ale nie do końca je rozumie, stąd też czasami odpowiadają mi na zupełnie inne pytanie, niż zadałem.

Ahh i śmieszna sytuacja przy podpisywaniu kontraktu (co również zawarłem na filmie, ale film nie złapał…).

Po przeczytaniu postanowień mojego 3-miesięcznego kontraktu sam swoją własną prawą ręką nanosiłem poprawki i dopisywałem punkty, których kontrakt nie zawierał. Musiałem, aby warunki były faktycznie takie, na jakie się zgadzałem. Na szczęście nikt na sali nie wyrażał sprzeciwu, a mój kontrakt jest teraz taki, jaki być powinien. I jak pracy w korporacji nie lubiłem, tak muszę powiedzieć, że to ona nauczyła mnie patrzeć jasno na tego typu sprawy, nauczyła jasno wyrażać siebie, swoich potrzeb oraz myśli (jeśli chodzi o biznesowe relacje i nie tylko).

Sam w Gdańsku raz podpisałem umowę bez czytania, co skutkowało miesięcznym zarobkiem 2x mniejszym, niż ustalenia. Nadziałem się, ale i wyciągnąłem wniosek.

Tak więc apeluję – wyrażajcie jasno swoje potrzeby i pragnienia. Nie tylko w pracy, ale i poza nią, w relacji z bliskimi wam ludźmi, zwłaszcza z nimi, a będziecie usatysfakcjonowani z własnego położenia i sytuacji.

Okej, tymaczasem zapraszam na krótki epizod opisujący to, jak się do Wietnamu dostałem.

Ostatnio było o motywacji i celach, teraz jest po prostu przedstawienie kilku faktów z mojej obecnej sytuacji : )

Pozdrawiam cię, ziomeczku : )

LINK DO FILMU

 

Jak zwykle możesz wesprzeć mojego tripa poprzez kliknięcie przycisku DONATE na samym dole strony, lub klikając w link poniżej:

WESPRZYJ

Chcesz zobaczyć więcej fot? Wejdź na mój profil Instagram, Facebook lub po prostu na kanał YouTube.

A jeśli uważasz, że to, co tobię ma głębszy sens, ZOSTAŃ MOIM PATRONEM!

Dodaj komentarz